Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akademia Kulinarnego Mistrzostwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akademia Kulinarnego Mistrzostwa. Pokaż wszystkie posty

Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - mule

O mulach, czyli omułkach jadalnych wspominałem już wcześniej przy okazji belgijskich frytek. Mule i frytki to niemalże nierozłączna para w krajach frankojęzycznych. Małż ten jednak jest gatunkiem kosmopolitycznym. Wniosek nasuwa się sam. Omułki jadane są na prawie całym świecie.


10509395_m.jpg


Życie

Interesują nas tylko zamknięte osobniki. Dokładniejsza selekcja polega na ściśnięciu otwartego małża – jeżeli zamknął się i tak w bezruchu pozostaje – nadaje się.

Koszmar

Kto pracował w nizinach kuchennej hierarchii doskonale wie, o czym mówię. Muszle należy dokładnie oczyścić ze wszystkiego, co na nich jest – a jest dużo innego mniejszego życia w postaci innych skorupiaków, glonów i pasożytów, dla których czyjś dom stał się ich domem. Proces oczyszczania – skrobania – jest żmudny. Często się człowiek kaleczy i generalnie, jak każda tego typu czynność, nic ze sobą interesującego nie niesie. W restauracji, gdzie sprzedaje się małże jako clou programu, tygodniowo setki kilogramów potrafią przejść przez zmęczone ręce zmęczonego człowieka.

Śmierć

Z drugiej strony – to jeden z najbardziej wdzięcznych produktów, jakie możemy przyrządzać. Robi się to błyskawicznie, zawsze na świeżo – bezpośrednio przed podaniem. A podaje się pieczone, grillowane i najpopularniejsze – gotowane (moje ulubione).

Wszystko powinno zająć nam nie więcej niż 3 minuty. Garnek z przykryciem – rozgrzane masło – ja dodaję w tym miejscu pieprz, bo nawet zwietrzały obudzi się w takiej temperaturze – wystarczy powąchać to, co będzie się ulatniało- do tego posiekana cebula, czosnek – koniecznie też siekany, dobre białe wino – „systemem podziału kieliszków: one for you – one for me” sprawdza się tylko w domu. W pracy nie wolno. Wino winno się zredukować w chwili, kiedy skupimy się na ocenie aromatów, które pozostawiło po sobie w naszych ustach. Wtedy wrzucamy małże – koniecznie przykrywamy – mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że w ten sposób je uśmiercamy. Giną szybko – tak szybko, jak ścina się białko w temperaturze wrzenia. Jeżeli chcemy dodać śmietanki, to właśnie jest to najlepszy moment. Ważne jest, by, trzymając za pokrywkę, potrząsnąć kilka razy garnkiem. Dużo natki pietruszki. Gotowe. Serwujemy najlepiej w naczyniu w którym przysadzaliśmy.

Grzech

Najczęściej spotykam się z przegotowaniem tych biednych stworzeń, a mule są gotowe zaraz po tym, jak się otworzą, i basta. Trzymając je dłużej na ogniu, marnujemy stworzenia, straszliwie zmniejszając ich wielkość – a to zło w czystej postaci!

Seks

Jemy rękoma, wysysamy, oblizujemy. Mamy czas – jedzenie trwa i odrywa spojrzenia od talerzy. Oczywiście możemy zostać obsadzeni w słabszym scenariuszu – dajmy na to – spotkania biznesowego… Sprytnym rozwiązaniem jest użycie muszli jako szczypiec. Wydłubujemy muszlą zawartość innej muszli. Muszle odkładamy na bok, wkładając jedną w drugą – powstanie bardzo intrygujący kształt.

Radość

Przyrządzanie małży to duża dowolność dobierania składników. A to stwarza niezłe pole do zabawy. W miejscu wina może znaleźć się piwo, cydr, sos pomidorowy, śmietana, mleczko kokosowe i masa innych rzeczy. Dorzucić możemy przesmażony wędzony boczek, niebieski ser, seler naciowy, cukinie, szpinak, możemy nawet postępować jak z naszym ulubionym curry. A jakie zioła? Śmiem twierdzić, że wszystkie, które znam pasują.

Piękno

W muszli oprócz dwubocznie spłaszczonego ciała zbudowanego z worka trzewiowego oraz nogi zamknięty jest skarb. Ten skarb przywołuje wspomnienia, zabiera nas w morze. To woda o cudownym niepowtarzalnym smaku. Dzięki niej też w przepisie nie wspominam o soli.

Zdrada

Kto zjadł za dużo, ten wie; kto jeszcze wypił znaczącą ilość alkoholu, ten byłby głupcem, powtarzając swój błąd raz jeszcze. Mieszkając jeszcze w Edynburgu, kupiłem do domu ponad 5 kilo muli. „Brałem” je na różne sposoby przez dwa dni – jak łaknąca istota – i przez te dwa dni dużo się nauczyłem.

Tekst:  Aleksander Baron



Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - tempura




Tempurę robi się ze wszystkiego: z drobnych warzyw (strąki groszku, fasolka szparagowa, szparagi), większych warzyw pokrojonych w plasterki lub słupki (marchew, pietruszka, seler, ziemniaki, cebula, cukinia, bakłażan, papryka), z różyczek kalafiora i brokułów, z egzotycznych i swojskich grzybów (shiitake, pieczarki) i jadalnych listków (szpinak, szałwia, bazylia, nać pietruszki). Ponadto z małych rybek, jakich u nas nie widziałam, z ryb podzielonych na małe kawałki, krewetek w wielkim wyborze, przegrzebków (muszli św. Jakuba), kalmarów i małż. Wybredni smakosze zajadają w tempurze glony nori, świeży korzeń lotosu, listki rośliny shiso i orzeszki ginko. Chociaż to rzadkość, w tempurowym cieście można również smażyć kawałeczki kurczaka lub inne mięsa. A do perwersji zaliczam podawanie w ten sposób lodów.

Mistrzowie tempury podobnie jak mistrzowie sushi cieszą się w Japonii wielkim poważaniem. Działają w specjalistycznych restauracjach zwanych tempura-ya. Przed gościem stawiają czarkę sosu do maczania, obok utartą białą rzodkiew daikon, którą należy dodać do sosu, i flakonik z sosem do uzupełniania. Kąski otulone delikatnym ciastem przynoszone są gorące, zaraz po usmażeniu.

Można zamówić zestaw, wybrać tylko swoje ulubione smaki lub zdać się na specjalistę - tempura-ya-san, który poda to, co szczególnie poleca. Najlepszym napojem do tego bądź co bądź tłustego jedzenia jest zimne piwo.

W domu tempurę trzeba smażyć partiami, żeby nie obniżać temperatury oleju i żeby każdy kawałeczek miał dużo miejsca w gorącej kąpieli. Gotowe jedzenie można na chwilę wstawić do piekarnika, ale im dłużej czeka, tym bardziej traci swoją chrupkość.

Najpierw oczyszczamy i kroimy produkty, które zamierzamy maczać w cieście. Przygotowujemy pół dużego garnka oleju, który powinien być neutralny w smaku i wytrzymywać wysoką temperaturę (olej z orzeszków ziemnych, palmowy lub rzepakowy). Mocno rozgrzewamy. Ciasto mieszamy w ostatniej chwili. Zaczynamy smażyć, kiedy spory kawałek chleba wrzucony do oleju zrumieni się w ciągu minuty, czyli kiedy olej ma ok. 175 st. C. W pobliżu układamy dużo ręczników papierowych do osuszania tempury. Danie wychodzi najlepiej smażone na oczach gości, którzy dostają gorące kawałeczki tempury zaraz po osuszeniu.

Teoretycznie po smażeniu możemy przecedzić olej i użyć go ponownie, ale tylko świeży da jasny kolor i nie zakłóci smaku dania. To mnie trochę zniechęca, bo za każdym razem produkuje się bardzo dużo zużytego oleju, z którym nie wiadomo, co zrobić. Pytałam się pana Sławomira Brzózka z fundacji Nasza Ziemia (zajmującej się od 1994 r. akcją "Sprzatanie świata"), czy są jakieś miejsca, gdzie taki olej można oddawać (z restauracji jest odbierany przez firmy, które go potem przetwarzają). Niestety, na razie możemy go tylko wyrzucać do śmieci, nasączywszy nim uprzednio papier (nie wylewamy do zlewu).

Tempura nie jest daniem rdzennie japońskim. Portugalscy misjonarze, którzy w XVI wieku znaleźli się na południu Japonii, podobnie przyrządzali krewetki. Japończycy podpatrzyli tę metodę i doprowadzili ją do perfekcji. My możemy korzystać z niej w domu i taki rodzaj globalnej wymiany mi odpowiada.

Ciasto na tempurę

Wersja lekka: 1/2 szklanki mąki kukurydzianej, 1/2 szklanki mąki pszennej, zimna woda gazowana

Szybko wymieszać składniki ciasta. Mogą w nim zostać drobne grudki. Ciasto powinno mieć konsystencję śmietany. Gęstość sprawdzamy, smażąc pierwszy kawałek. Jeżeli ciasto spływa, trzeba dodać trochę mąki, jeśli jest za gęste, rozrzedzić wodą. Cząstki warzyw lub owoców morza powinny być dobrze osuszone, ewentualnie lekko oprószone mąką. Maczać pojedynczo kawałki w cieście i szczypcami wkładać do gorącego oleju. Końcówkę ciasta można wykorzystać, wsypując do niego utartą marchew - smażyć, nakładając łyżką. Do ciasta można dodać drobno posiekany szczypiorek lub czarny sezam. Ciasto nie powinno długo stać - lepiej dorabiać je na bieżąco. Klasyczne ciasto do tempury to jajko, mąka pszenna i zimna woda, ew. odrobina octu, ale według moich doświadczeń wychodzi cięższe niż to, które proponuję.

Sos tentsuyu

1 szklanka dashi, 1/3 szklanki sosu sojowego, 1/3 szklanki mirin, biała rzodkiew daikon

Składniki sosu wymieszać, obok podać utartą drobniutko rzodkiew, którą miesza się z sosem. W zimnym sosie podanym w osobnych miseczkach maczać gorącą tempurę. Składników należy szukać w specjalistycznych sklepach z azjatycką żywnością lub działach tego typu w supermarketach. Najlepszy sos sojowy dostępny u nas to kikkoman. Mirin to słodka sake do gotowania. Dashi to przyprawa, wywar powstały z gotowania suszonych wodorostów kombu i suszonej ryby bonito. Bywa sprzedawany w postaci proszku do rozpuszczenia w gorącej wodzie. Sosy w podobnym klimacie można komponować na bazie lekkiego sosu sojowego z dodatkiem słodkiego sherry, świeżego tartego imbiru, proszku lub pasty wasabi, chilli, czosnku lub oleju sezamowego.

Tekst: Agnieszka Kręglicka
Wysokie Obcasy




Akademia kulinarnego Mistrzostwa - wagyu



Dziś historyczny dzień w dziejach polskiego mięsożerstwa. Wyjątkowy i niebywały. Dziejący się za sprawą cudownego szaleńca, który był w stanie ponieść ryzyko kupna i rozbioru całej, pierwszej polskiej krowy Wagyu




Stoję przed rosłym człowiekiem, co samą swą postawą budzi respekt – wiem co mówię, bo sam do leszczy się nie zaliczam. Zazdrość biała mnie ogarnia, że to on trzyma nóż. Dzieli nożem to zwierzę. Dzieli mięso zwierzęcia za życia karmionego jęczmieniem.

Ciepły to człowiek z krwi i kości. Szczery, marzenia ma piękne i misję dumną. Szerzy miłość do wołowiny. Tym, którzy są już po uszy zakochani, umożliwia miłości fizyczne ziszczenie. Wiernie mu w tym kibicuję.

Ruch i podniecenie dziś duże. Zjeżdżają się miłośnicy wołu – kto pierwszy, ten lepszy. Nie zdążyłem już na antrykot- moją ulubioną część, gdybym mógł wybrać- mało tego, wiem kto zwinął cały. Nawet nie mogę powiedzieć, że sprzed nosa – bo jeszcze wczoraj, bezpośrednio z samochodu, co ów delikates przywiózł. Pech chciał, że lubię człowieka, w przeciwnym razie mógłbym starać się odbić owoc pożądania siłą.

Podniecenie nie jest spowodowane jedynie samą nazwą – Wagyu. Za tym idzie magia odkrywania całego podziału zwierzęcia raz jeszcze – od nowa. Patrzę na żebra i oczom nie wierzę. Poprzerastana nitkami tłuszczu. Sama zrazówka- wygląd ma jak najlepszy stek. Uff! Jeszcze bavette, krzyżowe, top round… Pan Grzegorz K. rzuca pełne pasji propozycje. Biorę po kawałku, z grubsza wszystkiego.

Polędwica- za sześć porcji kosztowała mnie czterysta zł. Rozrzutność? Luksus? Mogę bez mrugnięcia okiem zrezygnować z innych zbytków i oddać się tylko temu.

Dojeżdżam do domu, wpadam- jestem taki głodny! Co prawda poprosiłem na miejscu o odkrojenie surowego plastra: miałem wrażenie ogrzewania masła językiem, by wybuchło smakiem, esencją, ale to tylko pogorszyło sprawę. W domu nie ma Kasi. Dzwonię, stojąc jeszcze w płaszczu i informuję, co się dzieje i żeby jak najszybciej się pojawiła, co zresztą niezwłocznie czyni. Cokolwiek by o mnie powiedzieć – a jestem olbrzymim łakomczuchem – to bez wartości jest dla mnie jedzenie, którym nie mogę się podzielić. W szczególności i najlepiej dzielić się z Ukochaną.

Kończę ten tekst, przełykając już ślinę. Czuję ból w szczęce. Zrobiłem w międzyczasie zdjęcia trzech z sześciu kawałków polędwic. Dotknąłem Mięsa! Czuję zapach na palcach – jest jak afrodyzjak.

Będę smażył je na klarowanym maśle, tylko chwilę, kilkanaście sekund z każdej strony. Sól, pieprz i basta!

Gdyby istota ta była świadoma szczęścia niesionego ludziom swoim ciałem, zaiste sama na pień, pod topór kata łeb by kładła.

Wołowina Wagyu pochodzi wyłącznie z japońskiej rasy bydła Wagyu. Jest najdroższą wołowiną na świecie. Pochodzi z osobników męskich, nigdy niedotkniętych rozkoszą. Mięso charakteryzuje się niezwykłą delikatnością w strukturze i konsystencji. Przerośnięte tłuszczem międzymięśniowym, tym który daje najwięcej smaku. Bogate w omegę 3 i 6. Nazwa często nadawana od regionu chowu. Przykładem jest Kobe – wyjątkowe, także z racji obchodzenia się z tym zwierzęciem podczas hodowli. Pojone piwem i masowane, spryskiwane sake, zyskuje jeszcze więcej wspomnianego tłuszczu – mięso o wyglądzie marmuru…

P.s. Wołowina jest wyborna i jest jak afrodyzjak – jak wszystko, co piękne, a z czym mamy możność obcować.

Tekst: Aleksander Baron 
Zwierciadło


Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - jajecznica




Banalny temat? Nigdy w życiu! Każdy może ją zrobić, tak jak każdy może ją zepsuć.


2405560_m.jpg



Kto jadł jajecznicę spod moich rąk zna różnicę. Nie chwalę się specjalnie, ale robię najlepszą na świecie. Skromność nigdy nie była moją specjalnością- a jajecznica tak. Generalnie, jajecznica własnej roboty jest najlepsza – to zdanie potwierdza tezę poprzedniego. Są oczywiście wyjątki… pewnego dnia, oglądając książkę ze zdjęciami potraw, powiedziałem na głos, że jeśli kiedyś ktoś zrobi mi takie śniadanie, nosić go będę na rękach. I noszę, Kasię. Pierwszego wspólnego poranka obudziła mnie jajecznicą z wędzonym łososiem, koperkiem i czerwoną cebulą. Nigdy jej smaku nie zapomnę. Dodam, że byłem tak przejęty, że aż wylałem kawę na biały dywan, a piję mocną i czarną. I dodam jeszcze, że mało rzeczy robi na mnie wrażenie, rzadko też coś wylewam – a połączenie bycia pod wrażeniem i wylewania naraz – zdarzyło mi się tylko ten jeden raz. Nie jestem jednak pewien, kończąc ten akapit, czy to jedynie przez wspominaną jajecznicę.

Pierwszy poranek na St. Thomas budzę się z oddechem przepełnionym aromatem delikatnej szkockiej Glenkinchie. Czuję go mocniej niż w trakcie kosztowania. Szczyt kacowej agresji wywołuje fakt braku zimnej wody pod prysznicem. Zimna woda to podstawa mojej egzystencji porannej, obok oczywiście jajecznicy. Tym bardziej w sytuacji zmęczenia materiału dniem poprzednim. Wreszcie wychodzę na taras domu górującego nad niemalże całą wyspą. Taras z dwoma basenami, pewnie z dwustumetrowy. Dostaję jajecznicę z prostą komendą „kuszaj”. Ale cóż jest w mojej jajecznicy, która przypomina ją tylko z nazwy? Cebula, pomidory cherry, melon, brokuł, kalafior, czosnek! Jest ciężko, ale daję radę. Przynajmniej „Carib” jest zimne.

Jajecznica w kantońskim hotelu. Fuck! Kucharz bezbłędnie udaje, że rozumie po angielsku nazwę każdego składnika, o który proszę, by znalazł się w mojej jajecznicy. Coś tam dostaję. Następnego dnia powtarzam zamówienie, ale tym razem mówię do niego po polsku. Ściemnia ze spokojem, bezbłędnie potakując. Pokarało mnie, dostałem jajecznicę z małymi rybkami, które są trochę przeźroczyste, a co gorsza – bardzo esencjonalne. Co za szlam! Wzrokiem szukałem jedynie akwarium, z którego mogły przypłynąć, i do którego mogłyby wrócić.

Tata słynie ze swojej jajecznicy, którą przyrządza z kunsztem mistrza. Bądź co bądź, jest to prawie ta sama jajecznica, którą i ja robię. Ojciec z zamiłowaniem dodaje tylko jeszcze więcej masła. Tajemnica tkwi w szczególe: kiedy dodać masło, tak by było wyczuwalne jako śmietanowy posmak, i tak by jajecznica nie stawała się tłusta w strukturze a gładka i płynna w konsystencji. Z dumą patrzyłem, gdy Tata podawał raz rosyjskim modelkom „polską jajecznicę”, jak to same ją nazwały. Każda z nich, w cudownym stanie nieświadomości, ze smakiem i uwielbieniem, w słusznym przekonaniu, że czegoś takiego nie jadła, przyswajała codziennie, przynajmniej sto gramów czystego tłuszczu. Dzień w dzień, przez co najmniej kilka tygodni. Dziewczyny nie przybrały na wadze – bez obaw.

W Beskidzie Niskim, w Wysowej, łapię z przyjacielem M.G. kwaterę u, jak się później okazało, byłego alkoholika. Po kilkunastu latach abstynencji nasz gospodarz zaczął pić – z nami, czy raczej, przez nas. I tak siedzimy gdzieś, w górach, zajmujemy się zwyczajnie „niczym”. A warto wspomnieć, że M.G. to jedna z tych osób, przy której bezczynność nie krępuje, wręcz cieszy, stając się czynnością samą w sobie. Po kilku dniach nasz zakrapiany letarg zamienia się powoli w pracę. Aż trzy dni zajmuje nas budowa tamy z patyków w rwącym górskim strumieniu. Warto dodać, że nasza dieta w tym czasie składa się z bardzo tanich win, mocnych alkoholi robionych przez miejscowych, piwa, wody ze strumienia i oczywiście z jajecznicy. Zaopatrzyliśmy się w minizestaw do smażenia: butlę gazową, palnik i patelnię. Ochoczo korzystaliśmy z niego codziennie, aż do dnia, kiedy to po usmażeniu cebuli i boczku wbiłem na patelnię dwanaście jaj i skończył się gaz. Nic się jeszcze nie ścięło. M. odmówił jedzenia półproduktu i obserwował z pustym żołądkiem, lecz bez większego wrażenia jak jednym haustem wypijam całą zawartość. W myśli powtarzałem sobie tylko ulubione zaklęcie…jestem zwierzęciem, jestem zwierzęciem, jestem zwierzęciem… Ot, moja „beskidzka” jajecznica.

Zrobienie jajecznicy mogłoby być testem na przyjęcia do kuchni, ale być może pracowałbym na niej sam. Najbardziej nie lubię jaja rozbitego trzepaczką. Jajecznica powinna być i biała i żółta. „Jajecznicopodobne” twory serwowane zazwyczaj w hotelowych podgrzewaczach, zrobione są zwykle z jaj z kartonu. Zmniejsza to ryzyko salmonelli, znalezienia skorupki w jajecznicy i przyśpiesza pracę. Cóż, ohyda i koszmar.

Fantazja i dowolność w tym, co dodamy, urozmaica poranne doznania. Szczypior, cebula, boczek, kiełbasa, słonina, pieczarki, pomidory, olej truflowy. Osobiście najwyżej w hierarchii tych dodatków stawiam kurki. Raczej nie zjem także dziwactwa będącego połączeniem z żółtym serem – wytwarza się jakiś absmak.

Jak wygląda ideał?

Małą łyżkę masła rozprowadzamy na patelni, tak by było gorące, ale się nie paliło. Wbijamy jaja. Pięć jaj na osobę to dobry początek dnia. Ja, jeżeli wiem, że czeka mnie danego dnia hardcore i nie wiadomo, kiedy będę miał następną okazję do zjedzenia czegokolwiek, dodaję jeszcze pięć żółtek ekstra.

Pamiętamy, by nie przegrzać jaj, pracujemy na małym ogniu, ściągając patelnię co chwila z palnika. Slalomem wokół żółtek prowadzimy drewnianą łyżkę, mieszamy białka. Białko na wpół ścięte? Wrzucamy masło – osobiście lubię dużo. Dopiero teraz przebijamy żółtka, doskonale absorbują masło. Zdwajamy czujność, na tym etapie tym bardziej nie możemy przegrzać jajecznicy, bo wyjdzie tłusty smak, którego nie damy rady przełknąć. Sól, pieprz, raz, dwa, trzy – gotowe!

Jak mawiał mój mistrz R.H. wszystko jest banalnie proste albo co najwyżej proste, tylko trzeba wiedzieć, jak to zrobić.

Tekst:  Aleksander Baron  
Zwierciadło 12 maja 2012


Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - grill


Sezon grillowy uważam za otwarty! Wiem, wiem – są tacy co ten sport uprawiają przez dwanaście miesięcy w roku, ale sezon to nie tylko grill. To zimne piwo, rozgrzane ciała i dziwne uczucie obudzenia się na łące w konsekwencji zachłyśnięcia się świeżym powietrzem.


3251349_m.jpg


Grillowanie na ziemiach ojczystych nieodłącznie kojarzone jest z kiełbasą i marynowaną w różnych „mieszankach” karkówką. A kiełbasą polską stoi zazwyczaj „mało mięsne gówno*” które nam wciskają i które jest mniej jadalne niż mięsne. Nie wiadomo co jest w środku, czasami trafi się chrząstka świadcząca o zwierzęcym pochodzeniu przynajmniej części surowca, z którego owo „gówno**” zostało wykonane. Chciałbym dorwać producentów i masarzy i zgwałcić ich, wciskając w gardła to, co stworzyli. Może nigdy owych tworów w ustach wcześniej nie mieli.

Karkówka – mięso niczego sobie – oczywiście zasypane jest czymś dumnie zwanym „mieszanką przypraw grillowych”, które bez względu na jakość i świeżość mięsa nie pozwolą poczuć żadnego smaku.

Jeżeli ktoś chce na nowo odkryć wieprza – a zapewniam was, że to genialne zwierzę – proszę, niech zacznie od soli i pieprzu – i basta.

A jeśli nie to, to co zabrać ze sobą na poza miastowy wypad grillowy?

Zawsze im wierny – odpowiem- steki wołowe. Liczmy się jednak z tym, że organizując takie spotkanie przy steku, należy przygotować pełen portfel. Poszukując nieco tańszej alternatywy na grillowanie, natrafimy na jagnięcinę. Jak zawsze bowiem warto kupić mięso, które nie będzie wymagało „wysmażenia” do końca.

Oto lista zalet grillowania jagnięciny i wołowiny w kontekście znanej wszem karkówki.

Nie musimy obawiać się, że mięso będzie surowe – nigdy zbyt surowe nie będzie. Mięso pozostanie soczyste i nie zostanie spalone. Szybciej będzie gotowe – co jest dość istotne. Im dłużej bowiem czeka się na strawę, tym większe prawdopodobieństwo przetlenienia i nieuchronnej drzemki z twarzą w nie wiadomo czym.

Grillowanie idealne?

To nie sprzęt – piec można na feldze samochodowego koła. Oczywiście nigdy nie pogardzę dobrym grillem, istota jednak tkwi w dobrej zabawie.

Kupując mięso mielone, zostawiamy sobie nieograniczone pole do popisu, jeżeli chodzi o smak i różnorodne kombinacje.

W domu posiekajmy zioła. Mięta, natka pietruszki, tymianek, estragon, szczypior, kolendra, lubczyk, bazylia, jeżeli dostaniemy werbenę cytrynową, to idealnie. Zabierzmy też cebule, pomidory, ogórki, ogórki kiszone, ogórki konserwowe, jabłka – wszystko posiekane w drobną kostkę. Posłużą nam za składowe sosów, sals, tzatzików. Przypraw dowolność jest ta sama – od zmielonego goździka, przez gorczycę, kumin, kminek, chilli, gałkę muszkatołową kończąc na pieprzu w dowolnych kolorach. Trzeba zabrać miseczki – nie mamy tylu- niech każdy zabierze swoją.

Rozkładamy to wszystko już na miejscu. Hamburgery? A może wystarczy nabić własnoręcznie wyrobione mięcho na patyk do szaszłyków. Czy to jasne? Każdy sobie, czyli mega misz-masz upapranych rąk, oblizywanych palców i wymiany doświadczeń i spostrzeżeń w stylu „mój jest lepszy bo…”.

Jedną z najwyższych wartości jedzenia jest jego wymiar społeczny. Dzielenie się z drugim człowiekiem, biesiada i rozmowa.

A co z tymi co nie jedzą mięsa? O! tu bez wątpienia jest wiele rozwiązań – jednym z nich jest…

Nie idźcie na grill.

(*,** zwroty używane w moim domu rodzinnym)

Tekst: Aleksander Baron
Zwierciadło



Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - Postna głowa od śledzia




Niedawno na moim zakąskowym półmisku wylądował śledź przygotowany razem z głową. Choć spojrzał na mnie smętnie, to od razu zauważyłam, jak ładny kolor ma śledziowa głowa, i przypomniałam sobie okładkę książki o kuchni molekularnej, której autorem jest Ferran Adrią i która cała wytapetowana była właśnie głową śledzia. Jednak śledź to nie tylko uroda, to również kapitalna ryba na początek postu.
Na postną kolację uwielbiam śledzie w każdej postaci, pod warunkiem że zostały wcześniej poddane twardości soli, że zostały przez tę sól utwardzone, potem wypłukane, a następnie dobrze namoczone w oleju. Jeśli proces ten przeprowadzimy prawidłowo, uzyskamy najcudowniejsze mięso: miękkie i jędrne jednocześnie, błyszczące i pełne smaku. Jest w Polsce mnóstwo miejsc, które serwują nam śledzia niejadalnego. Źle przygotowana ryba staje się tak twarda, że można nią uderzać o stół. Choć w Rosji suszone śledzie podawane do piwa uchodzą za przysmak, to muszę przyznać, że nie jest to mój ulubiony sposób przyrządzania tej ryby. Zdecydowanie wolę delikatne mięso śledzia podane z odpowiednią porcją czułości.
Klasyczny matias, duży jak przedwojenna koperta, jest tłusty i delikatny sam. Mięso dwuletnich ryb nie jest już tak delikatne, ale za to można kupić je z drogocennym mleczem, najwspanialszym dodatkiem do najlepszego sosu, który przyrządzamy z musztardą, majonezem, octem winnym i pyszną białą śmietaną. Odpowiednio namoczony matias, przyrządzony w oleju, cebulce, cytrynie, pieprzu i odrobinie ziela angielskiego, pokrojony na plastry i polany mleczowym kremem, jest nieprawdopodobnie smaczny. Pyszne są też niemal zapomniane dziś uliki – młode, tłuste śledzie, które są tak delikatne, że mogą być podawane niemal na surowo, lekko tylko zasolone. Uliki przypominają cenne zielone śledzie holenderskie, niemalże symbol kulinarny kraju tulipanów i stały element majowych posiłków Niderlandczyków. Młode śledzie świetnie marynuje olej rzepakowy z siekaną pietruszką i mnóstwem czosnku, jeśli wcześniej krótko sparzymy je gorącym octem w proporcji pół na pół z wodą.
Dawno już nie próbowałam prawdziwych rolmopsów. Owszem, zdarzają się gotowe w słoikach na sklepowych półkach, ale próżno szukać prawdziwego przysmaku z domowych stołów. Najlepsze rolmopsy to śledziowe filety nadziewane twardymi kołkami chrzanu, marchwi, pietruszki i kiszonego ogórka bez skórki, upięte starannie wykałaczką, wyławiane z naczynia pełnego cudownego, słodkiego octu, w którym pływają kapelusze podgrzybków. Mój ukochany śledź to taki, któremu nie trzeba już dodawać niczego poza odrobiną czarnego pieprzu i kroplą oliwy. Dobrze nasolony i wymoczony śledź ma smak dalece bardziej fascynujący niż najlepsza sardela. Ostatnio tak przygotowanego solonego śledzia jadłam w Rosji. W Polsce takie ryby były kiedyś, dziś już stanowią coraz większą rzadkość, wręcz egzotykę. Nie ma miejsca na beczki ze śledziami, miejsce kosztuje, są przecież prostsze i tańsze metody konserwacji. Również w restauracjach znalezienie dobrego śledzia jest sporym wyzwaniem.

Autor: Magda Gessler
Wprost





Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - Soczysty Gar




Jeżeli wasza rodzina ma tendencję do spóźniania się na obiad, gliniany garnek to wybaczy.
Faszerowany kurczak, który po upieczeniu czekał dwie godziny w piekarniku, był bez skazy - pachnący, soczysty i zwarty
Jeżeli zdarzyło się wam upiec wiórowaty schab, suche przepiórki albo pierś indyka o fakturze tektury, garnek do pieczenia z nieszkliwionej gliny może zatrzeć złe wspomnienia. Namoczona przed użyciem w wodzie porowata glina stopniowo uwalnia wilgoć w trakcie pieczenia i chroni produkty przed wysychaniem. Można odpuścić nacieranie masłem, obkładanie boczkiem, nieustanne polewanie sosem. Atmosfera wewnątrz garnka gwarantuje zachowanie soczystości i smaku.

Mój gliniany garnek stał zapomniany i przykurzony na dolnej półce w supermarkecie. Nieszkliwiony, owalny, z przykrywką wypukłą, niemal symetryczną do części spodniej. Kosztował grosze. Podobne, gładsze i zdobione reliefami, widuję pod nazwą "garnek rzymski" w wypasionych sklepach z kuchennymi gadżetami i w internecie. Inwestowanie w markowy nie wydaje się konieczne. Gliniany gar do pieczenia to urządzenie proste, niewymagające skomplikowanej technologii, za to tłukące się.

Zasady korzystania są jasne: przed pieczeniem garnek zanurzamy w wodzie na 15-20 minut, wycieramy, wkładamy surowe produkty i wstawiamy do zimnego piekarnika. Pieczemy w temperaturze wyższej niż zazwyczaj - 200-220 st. C jest normą. Proces pieczenia trwa długo, ale w tym czasie nie trzeba mieszać, obracać, doglądać. Jeżeli wasza rodzina ma tendencję do spóźniania się na obiad, gliniany garnek to wybaczy. Faszerowany kurczak, który po upieczeniu czekał dwie godziny w piekarniku, był bez skazy - pachnący, soczysty, zwarty.Garnek ma wymagania. Nie lubi nagłych zmian temperatury, gorącego lepiej nie stawiać na zimnej powierzchni ani zalewać zimną wodą. Nie należy go myć detergentami, bo wnikają w glinę. Czyścić można sodą, a od czasu do czasu napełnić garnek wodą i wyparzyć w piekarniku.

Sprawdza się przygotowywanie w nim potraw złożonych: ryż, kasza, warzywa ułożone na dnie, na tym kawałek mięsa, półtorej godziny w piekarniku i gotowy obiad w garnku, który dobrze wygląda postawiony na stole. Ziarna zbóż i namoczoną fasolę trzeba trochę podlać wodą lub rosołem, resztę pieczemy na sucho. Nawet bez dodatkowego tłuszczu. Dla wielu to będzie dietetyczny atut. Ja lubię masło i oliwę z powodu ich smaku i wzmacniania aromatów reszty składników, więc tłuszczu nie wykluczam. Choć muszę przyznać, że środowisko pod glinianą pokrywą na tyle dobrze wpływa na mieszanie się i intensyfikację zapachów, że wszystko smakuje dobrze nawet bez tłuszczu.

Wilgoć w garze nie sprzyja tylko apetycznym rumieńcom. Pieczeń jest blada. Pod koniec można ją zezłocić pod opiekaczem, bez przykrywki. Inaczej z chlebem. Na tym pieczonym w garnku tworzy się ciemna i chrupiąca skórka i nie trzeba martwić się o utrzymywanie właściwej wilgotności w piekarniku.

Z czasem garnek nabiera patyny, ciemnieje, przyzwyczaja się do rodziny. Mój stał się warzywno--mięsno-chlebowy. Nie używam go do ryb i deserów, by smaki się nie gryzły - nie wiem, czy wietrzenie by wystarczyło (garnek po umyciu i wysuszeniu należy przechowywać w przewiewnym miejscu).

Nie uzależniłam się od niego, lubię też, gdy warzywa karmelizują się na blasze, a rostbef rumieni na kratce. Ale jest w pieczeniu w glinianym garnku przyjemność obcowania z naturalnym materiałem, bliskość ziemi, swoisty powrót do przeszłości. Podobnie uwodzą turecki gjuwecz, hiszpańska cazuela, marokański tażin. Z nimi też się lubię.


Pierś indyka z marchewką

1 kg piersi indyczej, 1 cebula, 1/2 korzenia selera, 1 utarty ząbek
czosnku, 50 g rodzynek, łyżka posiekanej natki pietruszki, 4 łyżki masła, 1 łyżka musztardy diżońskiej, kilka kolorowych marchewek, sól, pieprz, oregano

Pierś indyka naciąć tak, by powstał szeroki, równej grubości płat. Posypać solą i pieprzem. Na patelni rozgrzać masło, usmażyć cebulę z selerem, dodać czosnek, natkę pietruszki, rodzynki, sól i pieprz. Nadzienie powinno być lepiące. Mięso posmarować musztardą i ułożyć na niej nadzienie. Zwinąć ciasno i obwiązać sznurkiem, tworząc roladę. Kolorowe marchewki obrać, pokroić w spore kawałki, posypać przyprawami. Garnek namoczyć w wodzie przez 15 min. Mięso włożyć do garnka i obłożyć marchewkami, przykryć. Wstawić do zimnego piekarnika, rozgrzać do 200 st. C i piec ok. 1,5 godz.


Chleb z cebulą

500 g mąki pszennej razowej, typ 2000, 50 g drożdży, 1 łyżeczka cukru, 1 szklanka wody, 1/2 łyżeczki soli, 1 cebula pokrojona w kostkę, 2 łyżki oliwy, otręby

Rozrób drożdże, utrzyj je z cukrem, łyżką mąki i taką ilością wody, by osiągnąć gęstość śmietany. Odstaw w ciepłe miejsce pod przykryciem do wyrośnięcia.Cebulę zrumień na oliwie. Do mąki dodaj sól, wyrośnięte drożdże i resztę wody, wymieszaj. Wyrabiaj ciasto, aż będzie łatwo odchodzić od dłoni i od ścianek miski. Miskę z ciastem nakryj ściereczką i odstaw w ciepłe miejsce, aż ciasto podwoi swoją objętość (ok. 1 godz.). Do wyrośniętego ciasta dodaj cebulkę i zagnieć ponownie. Gliniany garnek namocz w wodzie przez 15 min, posmaruj oliwą i wysyp otrębami. Połóż na nich ciasto, przykryj i wstaw do zimnego piekarnika. Nastaw piekarnik na 250 st. C, wstaw garnek z chlebem i piecz 1 godz. i 15 min.


Tekst: Agnieszka Kręglicka



Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - wołowina




Pewnego deszczowego dnia w Szkocji, wybrałem się wraz z moimi towarzyszami pracy w podróż do rzeźni. Na wstępie podkreślę - i proszę mi wierzyć - powodem tej wyprawy nie było żadne tam poczucie niezdrowej przyjemności. Nie miało to nic wspólnego z żadną dewiacją, oprócz oczywistego zboczenia w stronę wołowiny - bo tylko słabości do niej trudno tu zaprzeczyć.

Poznałem właściciela – człowiek nieskromnej postawy, który nie rozpoznając jeszcze mojego akcentu, zwierzył się że 3/4 jego załogi to Polacy. Wyznał, że pomimo wielu zalet Polaków, jakimi są pracowitość, punktualność i obecność w poniedziałek w pracy (niezwykłe, bo autochtoni często biorą tak zwany sickpay), należy z nimi uważać i nigdy nie pić z nimi tej ich wódki. Otóż kilka dni wcześniej, popełnił ten błąd. Ten – na oko – 140-kilowy zawodnik, którego łatwiej obejść niż przeskoczyć, po wieczorze miło spędzonym z naszymi krajanami biegał po highlandskich lasach, sam nie wiedząc dlaczego to robi. W tym samym czasie zaniepokojona nieobecnością męża żona szukała swojej obłąkanej bestii jeżdżąc w kółko range roverem. Powtórzył – „nie radze z nimi pić” i kiedy otrzymał tylko mój uśmiech w odpowiedzi, zorientował się, że nie wywołał we mnie oczekiwanego współczucia.

Chwile później, po założeniu białego kombinezonu i kasku, patrzyłem jak morduje się krowy, wypruwa parujące wnętrzności, ściąga skórę, kroi mięso wielką pilą. I urodziło się we mnie pytanie - po co na to patrzyłem?

Otóż wedle mojej teorii, my mięsożercy, powinniśmy być konsekwentni w naszym wyborze i kupując mięso na tacce, w supermarkecie, choć raz empirycznie zetknąć się z faktem, że nasz gatunek to gatunek morderców innych gatunków. I choć działamy głównie zlecając morderstwa, miejmy przynajmniej tę świadomość, że gdzieś tam, biedni polscy emigranci, muszą pracować w tym rzeźniczym fachu.

…Wołowina, w przeciwieństwie do innych mięs, nie powinna być pierwszej świeżości. Cudowny proces rozkładu, daje jej niepowtarzalną konsystencję (dobra daje sie kroić widelcem), smak i ciemnoczerwony kolor. Taką wołowinę nazywamy sezonowaną. Ras krów, z której ją się uzyskuje jest wiele. Jeżeli uda się nam ją zdobyć, to zapewne z francuskiej rasy Limousine, której to bydło opasowe coraz częściej można i na naszych ziemiach spotkać. Słyszałem, że w polskich górach pojawiły sie także czarne Aberdeen Angus i krowy Highladzkie, przypominające długowłose zwierzyny prehistoryczne. Jak lubię mięso tej pierwszej (proszę wybaczyć, ale wczoraj zjadłem pół kilo) za dwie ostanie oddam wiele.

Mięso im bardziej przerośnięte tłuszczem, tym lepsze. Ma być jak marmur. Ten tłuszcz, to smak i soczystość. Zapach za to powinien być pełen żelaza – dla mnie totalnie zmysłowy.

I choć proponując ludzom krwiste mięso można zobaczyć w ich oczach wielki strach (a co dopiero proponująć surowe na wpół lub zupełnie surowe!) to tatara z mięsa siekanego (często niestety mielonego), nietkniętego temperaturą, nikt szczególnie się nie brzydzi. Mało tego, większość raczej się w nim lubuje. Moją misją jest oswajanie z ową surowizną i wybijanie z ludzkich głów pojęcia wysmażenia „well done”! Pochwalę się, że jak już uda mi się kogoś namówić na krwisty kęs, to wygraną zwykle mam w kieszeni.

I na koniec. Jak już usmażymy nasz stek, zanim wbijemy w niego nóż i widelec- dajmy mu „odpocząć” minutę, choć wiem , że to nie łatwe. Będzie wtedy o niebo lepszy.

Antrykot wolowy tak, jak lubię:

250gr antrykot wolowy(sezonowany)
Masło klarowane
Świeżo tłuczony pieprz, grubo ziarnista sól
Olej z pestek dyni
Natka pietruszki

Metoda:
Mocno rozgrzać patelnię, rozpuścić łyżkę masła klarowanego. Położyć stek przewracać co 15 sekund – dzięki temu będzie soczysty.
Spróbujcie jak smakuje po minucie, a jak po trzech.
Surowy wbrew temu, co się uważa – wcale nie jest krwawy. Krew pojawi się jak stek będzie się zbliżał do medium.
Wołowina musi odpocząć przynajmniej minutę zanim się na nią rzucimy.
Skropmy go olejem z pestek dyni – nie za dużo żeby nie zaburzył smaku,
Rzućmy na niego posiekane liście natki , sól , pieprz.

Piękno tkwi w prostocie!

Tekst: Aleksander Baron
Zwierciadło


Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - pierożki won ton





Won ton i guo tie to chińskie pierożki, które zrobimy bez trudu, jeśli nieobce nam jest lepienie polskich pierogów. Jedne i drugie to przedstawiciele całej gamy przekąsek dim sum

Dim sum to małe chińskie przekąski, odpowiednik hiszpańskich tapas czy greckich mezedes. Zazwyczaj to przeróżne pierożki, bułeczki, roladki, krokiety nadziane mięsem, owocami morza lub warzywami.

Będąc ostatnio w Stanach Zjednoczonych, zafundowałam sobie krótki kurs dim sum u chefa Josepha Poo. Składając, zwijając, przyciskając i sklejając kwadracik ciasta, Joseph Poo nadawał pierożkom niewiarygodną wielość form. Nauczyć się tego można, patrząc na ręce mistrza; opisywanie tych technik jest ponad moje siły. Ale myślę, że warto rozszerzyć domowe polskie sposoby lepienia pierogów właśnie o te chińskie.
Won tony mają mniej więcej kształt naszych uszek. Na kwadracie ciasta o boku 5 cm kładziemy małą kulkę nadzienia, składamy w trójkąt i dociskamy, a dwa rogi po bokach sklejamy ze sobą. Trójkąt nie musi być równoboczny, won ton charakteryzują się tym, że za częścią z farszem ciągnie się długi welon ciasta. Guo tie mają kształt naszych pierogów, trochę się jednak różnią. Zresztą pierogi generalnie się różnią - zależnie od domowych zwyczajów.

Ciasto zasadniczo nie odbiega od polskiego, z tym że w Stanach gotowe pokrojone kółka lub kwadraty kupuje się w supermarketach. Mąkę (2 szklanki) z wrzątkiem (ok. 3/4 szklanki) miesza się łyżką, a kiedy przestygnie, wyrabia się kilka minut ręcznie i odstawia, by odpoczęło. Ma powstać elastyczne ciasto. Jeśli jest za twarde, trzeba dolać wody, jeśli za mokre - dosypać mąki. To ciasto zazwyczaj stosuje się do pierogów przeznaczonych do gotowania na parze. Ciasto z mąki i wody w temperaturze pokojowej (czasami z dodatkiem jajka) jest twardsze, bardziej sprężyste. Można je cieniej rozwałkować, jest dobre do smażonych won tonów.

Nadzienia bywają twórcze, ale najczęściej jest to mielona tłusta wieprzowina lub posiekane surowe krewetki lub mieszanka powyższych. Doprawia się je winem ryżowym (lub w zastępstwie wytrawnym sherry), sosem sojowym, pieprzem, utartym świeżym korzeniem imbiru i olejem sezamowym. Do klasycznych dodatków zaliczyłabym szczypior, posiekaną kapustę pekińską lub grzyby mun. Mielone mięso kurczaka lub indyka, posiekana rzodkiew seczuańska i pędy bambusa, wodne kasztany z puszki, grzyby shiitake, świeża kolendra i sos ostrygowy mogą być podpowiedzią dla szukających przygód. Czasem do nadzienia dodaje się białko jajka i mąkę ziemniaczaną dla zagęszczenia.
Surowe won tony smaży się w głębokim tłuszczu na złocisto i chrupiąco. Można je gotować w wodzie i podawać w rosole lub gotować w wodzie i podsmażać na patelni, polewając sosem. Joseph Poo polewał je mieszanką sosu hoi sin i sosu sojowego z rosołem. Guo tie mogą być parowane (aby nie przywierały, kładziemy je na sitku do gotowania na parze wyłożonym liśćmi sałaty lub kapusty pekińskiej) lub gotowane. Najciekawszy wydaje mi się sposób smażenia surowych na patelni, a kiedy już są zrumienione od spodu - wlewania na patelnię wody lub rosołu i gotowania w parze pod przykryciem.

Do pierogów podawany jest zimny sos do maczania. Czasami jest to po prostu czarny ocet ryżowy lub bardziej złożony sos z imbirem, chilli, czosnkiem.

Pasuje wysmażona na chrupiąco cebulka. Cieniutkie plasterki drobnej cebuli osusza się na ściereczce i smaży w gorącym oleju (kiedy wrzucamy, krążek nie powinien opadać na dno, lecz skwierczeć na powierzchni tłuszczu), aż będą złotobrązowe. Jeżeli zostanie wam w misce za dużo nadzienia, nie przejmujcie się, uformujcie w dłoniach małe kulki i usmażcie "perły Wschodu", obtaczając je w ziarnie sezamu.
Jeżeli zostanie wam nadmiar ciasta (najlepiej tego z wrzątkiem), wówczas możecie zrobić najprostsze dim sum - placuszki ze szczypiorkiem. Na placek wsypuje się posiekany szczypiorek, składa na cztery, znów rozwałkowuje placek i znów składa, i jeszcze raz formuje placek. Smaży się z obu stron na złoto.

Guo Tie
Ciasto: 2 szklanki mąki, 3/4 szklanki wrzątku (zagnieść wg instrukcji z tekstu)

Nadzienie: 250 g posiekanych surowych krewetek, 250 g mielonej wieprzowiny, po łyżce: sosu sojowego, oleju sezamowego, wina ryżowego, po łyżeczce: tartego korzenia imbiru, posiekanego szczypioru

Składniki nadzienia wymieszać. Można stosować samą wieprzowinę lub same krewetki albo zastąpić wieprzowinę kurczakiem. Nadzienie nadaje się do pierogów won ton.

Nadziewać małe pierożki o klasycznym kształcie. Na patelni rozgrzać olej, zrumienić pierogi od spodu, zalać gorącą wodą i parować, aż będą gotowe. Podawać z sosem

Sos do dim sum

4 łyżki octu ryżowego, 2-3 łyżki tartego korzenia imbiru, łyżka sosu sojowego, łyżeczka pasty chilli - sambal oelek, łyżeczka cukru (lub więcej do smaku), olej sezamowy, ewentualnie 2 łyżki wody
składniki wymieszać. Podawać sos na zimno do maczania. Można dodać czosnek, skórkę lub sok z cytryny.

Tekst: Agnieszka Kręglicka
Wysokie Obcasy




Akademia kulinarnego Mistrzostwa - Świąteczny indyk Magdy Gessler




Mój świąteczny indyk

Pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia nie jest łatwy. Wszyscy są przejedzeni, nie bardzo wiedzą, co z sobą zrobić, prezenty wręczone, dzieci się nudzą. Można odnieść wrażenie, że w Polsce święta kończą się na Wigilii, a tradycja świątecznego obiadu właściwie u nas nie istnieje.
Pamiętam świąteczne spotkania w moim rodzinnym domu i najwspanialszego indyka, którego na tę okazję przyrządzała moja mama. Sporo było z nim roboty, ale efekt zawsze przechodził najśmielsze oczekiwania. Pamiętam, że dzień wcześniej trzeba było go zanurzyć w zimnej wodzie, w której już pływały oczyszczone skórki pomarańczy, świeżo starty imbir i sól. Soli do wody sypiemy tyle, jakbyśmy chcieli w niej ukisić ogórki. Po całej dobie takiej kąpieli mama wyjmowała indyka z zalewy, suszyła go bardzo dokładnie ściereczką, po czym z nieco perwersyjną przyjemnością brała do ręki ogromną strzykawkę napełnioną klarowanym masłem i rozpoczynała intrygujące zabiegi kosmetyczne. W operacji tej nie chodziło jednak o wygładzenie indyczych zmarszczek. Mięso indyka jest z natury dość suche, toteż wstrzyknięcie mu pod skórę sporej ilości masła pozwoli na uzyskanie odpowiedniej soczystości dania.

Po tej dość pracochłonnej czynności przystępowaliśmy do przygotowania farszu, w którym kryła się cała magia świątecznego indyka. Potrzebne są: mała chałka namoczona wcześniej w słodkiej śmietance i mleku, dwie wątróbki indycze, usmażone wcześniej na maśle i lekko podpalone koniakiem, pół kilograma dwukrotnie zmielonej cielęciny, kostka masła, dwa całe jajka, duże, suszone morele uprzednio lekko obgotowane w białym winie, białe rodzynki, podprażone i utłuczone migdały, starta skórka z cytryny, pół startego korzenia imbiru, gałka muszkatołowa, biały pieprz i sól. Najpierw ucieramy masło na puch i cały czas miksując, dodajemy żółtka. Pokrojoną w kostkę i schłodzoną wątróbkę mieszamy razem z odciśniętą chałką na jednolitą masę, po czym ostrożnie mieszamy ją z maślaną masą. Tu już lepiej wyłączyć mikser i zrobić to ręcznie, nasze palce pomogą nam określić prawidłową strukturę farszu. Teraz doprawiamy farsz białym pieprzem, gałką muszkatołową i solą, dodajemy dwie łyżki koniaku i lekko mieszamy. W następnej kolejności do farszu wędrują pokrojone na większe kawałki morele i starty imbir. Masa powinna przypominać nieupieczony biszkopt, nie powinna być zbyt gęsta. Bardzo delikatnie mieszamy z nią dwa białka ubite na sztywną pianę i równie delikatnie pakujemy wszystko do wnętrza indyka.

Piekarnik nagrzewamy do 220 stopni, wkładamy do niego nafaszerowanego indyka i po lekkim zrumienieniu skórki zmniejszamy temperaturę do 180 stopni. Podczas pieczenia polewamy go osoloną wodą i tym, co wytopi się z mięsa. Po mniej więcej trzech, czterech godzinach indyk powinien być już gotowy, choć warto to wcześniej sprawdzić patyczkiem. Wyciągamy go na stół w całości, żeby później rytualnie go pokroić na oczach gości dużym, ostrym nożem. Podajemy do niego najcudowniejsze purée z ziemniaków, selera i korzeni pietruszki. Będzie zjawiskowe, jeśli utłuczemy je ręcznie z masłem i mlekiem na małym ogniu, doprawiając je delikatnie gałką muszkatołową. Żadna maszyna w tym przypadku nie zastąpi naszej ręki, a puszystość tego kremowego cuda przypomni nam śnieg, którego za oknem nie ma. Na deser można podać kisiel żurawinowy na winie udekorowany owocem granata, choć równie dobrze sprawdzą się te kilogramy ciast, które pracowicie piekliśmy przez ostatni tydzień.

Autor: Magda Gessler
Wprost
Ilustracja: Jennifer Garant




Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - śledzik


Deklinacja śledzia.....
                                .......czyli śledzia przypadki.





M.

mianownik (kto? co?) Śledź. My szukamy śledzia bałtyckiego zwanego sałaką – ale są też inne, na przykład: śledź atlantycki – bliskie pokrewieństwo z tym naszym, śledź pacyficzny, śledź obły i wiele więcej. Naprawdę duży to rodzaj ryb, które śledziem się zowie.

D.

dopełniacz (kogo? czego?) Śledzia. Rybak w skupie za kilogram śledzia dostanie od 1,2 zł do 1,6 zł. W tym roku, odłowy zostały wstrzymane w połowie listopada, po przybliżeniu się do limitu 29 tysięcy ton. Tak czy inaczej, większość śledzia trafia do nas z Norwegii.

C.

celownik (komu? czemu?) Śledziowi śledź nierówny. W Rydze, w byłych hangarach cepelinów, gdzie w jednej z hal znajdował się targ rybny, widziałem najpiękniejszego śledzia – niebiesko srebrna łuska – wręcz umaszczenie – garbaty i tłusty (to pozytywnie o rybie). Po dziś dzień takiego nie widziałem: Mama moja świadkiem. Na najgorszego za to trafiłem na Brigthon Beach, w rosyjskim barku, o nazwie dla mnie z powodu zapisu nieczytelnej. Podano mi rozpadającą się substancję, zwaną tam śledziem. Śledź ten stanął mi w gardle okoniem. Na domiar złego, szaszłyk z wątróbki, którym postanowiłem ohydny smak natychmiast zmienić, okazał się być w jeszcze bardziej zaawansowanym stanie rozkładu.

B.

biernik (kogo? co?) Śledzia nie może zabraknąć na wigilijnych stołach. W wielu domach zostanie podany w zalewie octowej, w śmietanie z cebulą, w oleju. Tu zwrócę się z wielką prośbą: wypieprzmy wszystkie te wstrętne oleje i oliwy. Postarajmy się i znajdźmy na tę wyjątkową okazję – olej lniany.

N

narzędnik ((z) kim? (z) czym?) Ze Śledziem pasuje niemalże wszystko. Osobiście uwielbiam go łączyć z przyprawami korzennymi (tj. cynamonem, goździkami, gałką muszkatołową, zielem Angielskim), burakami, orzechami, bitą śmietaną z natką, śmietaną z pomidorami, czosnkiem i spirytusem, zielonym pieprzem, kaparami, rodzynkami, a ostatnio – połączenie z wędzoną gruszką było zaskakujące i dobre. Śledzie kochają się z wilgotnym razowym pieczywem. Co do świeżego śledzia, który nie stracił jeszcze głowy, a którego dostępność graniczy z cudem – wystarczy takiego połączyć z rozgrzaną patelnią, za pomocą klarowanego masła. Proszę pamiętać by zawczasu obtoczyć rybę w mące. Czysty smak można gwałcić jedynie cytryną, solą i pieprzem.

M.

miejscownik (o kim? o czym?) O śledziu co młody i w stosunkach międzyśledziowych jest powściągliwy – czyli cnotę w ławicach ocalił – mówimy matias. Taki śledź jest zazwyczaj delikatniejszy w smaku. Piszę „zazwyczaj”, bo zbyt często jesteśmy oszukiwani i kupiony przez nas śledź zdążył już zaznać uroków życia.

W.

wołacz (Ooo!) Śledziu! Przyłącz się do duetu z zimną, zmrożoną wódką! Nie bez przyczyny jest najchętniej wybieraną zagryzką w krajach gdzie pija się wódkę. Blisko jedna piąta masy śledzia to tłuszcz, a jak od zawsze wiadomo – ten sprzyja spożyciu alkoholu.

Tezę też można by postawić taką: wódkę pije się głównie w krajach, gdzie śledź występuje.


Tekst: Aleksander Baron

Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - rillettes


Za tą wyrafinowaną francuską nazwą kryje się chwackie danie mięsne, tłuste i bezpretensjonalne. Świetnie pasuje do klimatu polskiego schroniska i zaspokoi głód każdego strudzonego narciarza




Rillettes z boczku, kaczki i gęsi

Kiedy zmęczeni i zziębnięci wracaliśmy po nartach na naszą kwaterę, pierwszy głód zaspokajaliśmy pajdą chleba ze smalcem, który ojciec usmażył nam na wyjazd. Smalec ze skwarkami, cebulką i jabłkiem, pachnący majerankiem, towarzyszył mi zawsze w Korbielowie, Szczyrku i Zakopanem. Gdybym urodziła się we Francji i jeździła do Les Trois Vallées, ojciec pewnie szykowałby rillettes. Tak jak swojski smalczyk rillettes jest tłuszczową bombą energetyczną, przechowuje się świetnie, łatwo się smaruje i dobrze wchodzi zimą.

Pokrojone w paski mięso gotuje się powoli w wieprzowym lub gęsim smalcu przyprawione solą, pieprzem, jałowcem, goździkami, zielem angielskim i listkiem laurowym, podlane winem lub rosołem. Po czterech godzinach w garnku mięso niemal się rozpada. By tłuszcz dobrze wniknął pomiędzy mięsne włókna, trzeba je porozdzielać widelcem. Utworzą potem miękką, soczystą, kremową masę z zaznaczoną fakturą. Gdy płynne rillettes przelewa się do słoika, tłuszcz wypływa na powierzchnię, tworząc konserwującą przykrywkę. Bez lodówki wytrzymuje kilka tygodni. Rozsmarowane na chlebie, posypane posiekaną szalotką i świeżo zmielonym pieprzem, podane z korniszonami idealnie uzupełnia szklankę młodego wina albo piwa. A nawet herbatę z prądem.

W ten sposób przerabia się surowy wieprzowy boczek, uzupełnia go karkówką, dodaje mięso gęsi, kaczek lub królików, tworzy rillettes jednorodne lub mieszane. Można też mięso lekko zawczasu zamarynować, nasolić, obłożyć czosnkiem. Do smażenia dodać marchew i cebulę; usunąć je po ugotowaniu. Zestaw przypraw warto poszerzyć o gałkę muszkatołową, imbir w proszku, tymianek. Czasami do garnka wrzuca się mięso wraz z kośćmi, np. wieprzowe żeberka, by potem starannie kości usunąć, wierząc, że wzbogaciły smak całości. Kiedy ostatecznie uzupełniamy przyprawy, możemy do gotowej pasty dorzucić ziarna zielonego pieprzu z zalewy lub obrane ze skórki laskowe orzechy. Francuzi szczycą się sześciusetletnią tradycją przygotowywania rillettes, nie dziwi więc mnogość receptur. Istnieją nawet rillettes z ryb, choć w tym wypadku metoda przygotowywania się zmienia. Rybę surową gotuje się klasycznie w wywarze warzywnym z białym winem. Następnie czyści z ości i uciera z bardzo tłustą, gęstą śmietaną i przyprawami. Ponieważ smak ryby jest subtelny, często zostaje wzmocniony rozdrobnioną na włókna rybą wędzoną. Łosoś i pstrąg królują, makrela, tuńczyk i węgorz aspirują.

Najlepsza śmietana do tego dania to 40-proc. kwaśna śmietana. Jeżeli nie jest dostępna, można ją zastąpić puszystym kremowym serkiem połączonym z masłem. Krem z ryb doprawia się papryką cayenne, szczypiorem, koprem, skórką i sokiem z cytryny. Ważne, by faktura nie była gładka, by czuć rozpływające się w ustach włókna. Zazwyczaj za pomocą dwóch łyżek formuje się rybne rillettes w łezki i serwuje z grzankami z jasnego pieczywa.

Jednak do narciarstwa zdecydowanie bardziej pasuje rillettes mięsne - tłuste, chwackie i zdecydowane. Żeby zdjąć z niego odium wyrafinowanej kuchni francuskiej i przysposobić do klimatu schroniska na Kalatówkach, można używać spolszczonej nazwy ryjeta.

Rillettes z boczku, kaczki i gęsi

800 g surowego boczku wieprzowego
1 pierś kacza
1 pierś gęsia
500 g gęsiego smalcu
200 ml białego wina
6 ząbków czosnku pociętych w plasterki
10 pokruszonych ziaren jałowca
10 pokruszonych ziaren ziela angielskiego
10 goździków
pół łyżeczki mielonego imbiru
pół łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
5 listków laurowych
sól, pieprz

Poprzedniego dnia mięso natrzeć solą, pieprzem i resztą przypraw, wstawić do lodówki. Gęsi smalec rozpuścić. Mięso pokroić w nieduże paski wzdłuż włókien i razem z winem i przyprawami dodać do smalcu. Całość wymieszać, ciasno przykryć przykrywką i gotować na małym ogniu przez trzy-cztery godziny. Zdjąć przykrywkę i gotować dalej, mieszając od czasu, do czasu. Kiedy tłuszcz z boczku się wytopi, a mięso będzie zupełnie miękkie, wyłączyć gaz i lekko ostudzić. Wylać zawartość na cedzak, zachowując spływający tłuszcz. Usunąć listki i goździki, mięso podzielić palcami na pojedyncze włókna. Następnie układać je luźno w słoikach lub gliniakach. Ustany w misce zebrany tłuszcz wlewać do mięsa powoli, uważając, by nie wymieszać go z resztkami przypraw, które zebrały się na dnie. Dobrze schłodzić. 
Podawać do chleba.


tekst; Agnieszka Kręglicka


Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - frytki






Frytki

Namiętność do nich nie musi ograniczać się do ziemniaków. Pasternak, marchew, korzeń selera, brukiew, pataty również mogą przeobrażać się w połyskujące rumieńcem, apetyczne słupki

Frytki, hamburgery, pizza, francuskie ciastka przestałyby nas tuczyć, gdybyśmy wrócili do samodzielnego ich przygotowywania. Zrobienie tych potraw właściwie, domowym sposobem, wymaga wysiłku i nie ma mowy, byśmy decydowali się na nie tak często jak wtedy, gdy przemysł podsuwa nam je tanio w barach szybkiej obsługi lub w postaci gotowych mrożonek. Idąc na łatwiznę, nie dość, że wpędzamy się w kłopoty zdrowotne, to zadowalamy się gorszym smakiem. Zróbmy sobie frytki w domu, poczujmy prawdziwą przyjemność i pożegnajmy się raz na zawsze z ofertą spożywczych koncernów.

Pierwszy krok to znalezienie właściwej odmiany ziemniaków. Niestety, niewiele sklepów rozróżnia odmiany, a nam potrzebne są te wysokoskrobiowe. Szukajcie odmian: syrena, żagiel, zebra, ursus, czapla, russet, russet burban
Kupcie bańkę świeżego oleju rzepakowego, bo ten najlepiej znosi wysokie temperatury. Frytki gotowce zazwyczaj nasączane są wiecznie żywymi tłuszczami trans, a to samo zło i niestety na etykiecie nie znajdziecie informacji o tym. Ziemniaki dokładnie wyszorujcie, usuńcie oczka i części przebarwione. Nie obierajcie ich, skórka jest stylowa, podkreśla ręczną robotę, dodaje różnorodności fakturze. Pokrójcie w długie, cienkie słupki o podobnej wielkości. Będą smażyły się równo i szybko, mało tłuszczu zdąży w nie wniknąć.

Opłuczcie surowe frytki w letniej wodzie, można je w niej zostawić na chwilę, jeśli wymaga tego organizacja innych prac kuchennych. Dzięki temu nie będą się sklejały i spłukany zostanie cukier, który mógłby powodować zbyt szybkie rumienienie się powierzchni.

Rozgrzejcie sporo oleju w dużym, głębokim garnku. Frytki osuszcie bardzo dokładnie, to jest kluczowe! Można najpierw odwirować je w suszarce do sałaty, a potem wytrzeć do sucha ścierką. Mokre zanadto ostudziłyby olej, proces nie przebiegałby prawidłowo. Z tego samego powodu smażcie frytki partiami.

Kiedy pokrojone ziemniaki wpadają do gorącego oleju, woda w nich zawarta, najpierw ta z zewnętrznej powierzchni, zagotowuje się, skwierczy i ulatuje zamieniona w parę. Jednocześnie cząsteczki wody ze środka frytek gonią te, które wyleciały, też chcą się ulotnić. Ten ruch wyjściowy blokuje wnikanie oleju. W tym samym czasie cząsteczki skrobi powiększają się, tworząc tu, gdzie najgoręcej - na powierzchni - złocistą, chrupiącą skorupkę, a w środku zamieniając się w lekki puch. Et voila!

Restauracyjna szkoła mówi, by smażyć frytki dwukrotnie. Najpierw na blado, by ugotowały się w środku, a potem w wyższej temperaturze, by się zrumieniły. Ale myślę, że to wybieg potrzebny, by przygotować zawczasu górę półproduktu i skrócić czas oczekiwania podczas dużego ruchu. Cienkie frytki z mączystych ziemniaków smażą się szybko, łapią kolor i miękną w środku jednocześnie.

Gdybyśmy użyli ziemniaków niskoskrobiowych, które mają większą zawartość wody, jej większość nie zdążyłaby się uwolnić podczas smażenia. Chwilę po wyjęciu z oleju, sztywne i chrupiące, stałyby się wilgotne i sflaczałe. Niestety, kilkakrotne używanie oleju szybko obniża jego jakość, przechowywanie użytego przyspiesza jełczenie. Produkowanie takiej ilości nieekologicznego odpadu po jednorazowym frytkowym szaleństwie mnie odstręcza i dlatego przerzuciłam się na frytki pieczone. Przygotowuję ziemniaki jak wyżej, odpowiednią odmianę czyszczę, kroję i płuczę. Następnie wrzucam na chwilę do osolonego wrzątku, krótko gotuję, odcedzam i osuszam (w tym stadium mogą chwilę poczekać na gości).

Tuż przed podaniem delikatnie zwilżam je oliwą z oliwek, rozsypuję luźno na blasze i wstawiam do piekarnika rozgrzanego do 230 st. C. Rumienią się momentalnie, trzeba poruszyć blachą, by je obrócić, i po chwili są gotowe. Złocistobrązowe i chrupiące z zewnątrz, puszyste w środku, pachnące delikatnie oliwą, mało tłuste, idealne. Sposób z wcześniejszym podgotowaniem warto wykorzystać nawet wtedy, jeżeli uważacie, że prawdziwa frytka musi być smażona. Wówczas do zrumienienia nie potrzeba gara oleju, wystarczy patelnia. Będzie taniej.

Namiętność do frytek nie musi ograniczać się do ziemniaków. Pasternak, marchew, korzeń selera, brukiew, pataty (na zdjęciu) można odpowiednio kroić i przeobrażać w połyskujące rumieńcem, puszyste i miękkie w środku apetyczne słupki. Dla wielu atrakcyjniejsze niż ugotowane i utłuczone na purée. Dodatek egzotycznej soli, różowej himalajskiej o grubych kryształkach, hawajskiej wędzonej dymem czy francuskiej o smaku czerwonego wina, podniesie ich prestiż. Sól smakową można też przygotować samodzielnie, ucierając gruboziarnistą w moździerzu z dodatkiem nasion kopru włoskiego, ziela angielskiego, kuminu albo pieprzu i tartej skórki limonki. A i domowy sos lepiej wypadnie jako dodatek niż keczup z plastikowej butelki. Grecki jogurt i musztarda diżońska z pieprzem i szczypiorkiem, domowy majonez zmiksowany z upieczoną papryką bez skórki, kuminem i łyżką koncentratu pomidorowego, śmietana z chile chipotle adobado z puszki, domowa remulada z selerem naciowym to propozycje ciekawsze a nieskomplikowane.

Nie obiecuję, że domowe frytki będą miały mało kalorii albo niski indeks glikemiczny, pozostaną grzesznym przysmakiem. Tym lepszym, gdy przygotowywanym rzadko i jedzonym z rozwagą.



Tekst: Agnieszka Kreglicka
fot. Arkadiusz Ścichocki, stylizacja Zuzanna Wiciejowska

Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - barszcz wigilijny Magdy Gessler


Święta Magdy Gessler - Barszcz i zupa grzybowa 





W moim domu barszcz przyrządza się z pieczonych buraków. Nie ma mięsa, bo nie ma prawa mieć, ale są prawdziwki, które świetnie je zastępują i poza smakiem zmieniają również kolor barszczu. Robi się bardziej brunatny, bardziej wigilijny.

Tajemnicą dobrego barszczu jest to, ile buraków zużyjemy do jego przygotowania. Garnek musi być nimi wypełniony w trzech czwartych. Barszcz gotujemy bardzo powoli, z cebulą, liściem laurowym, kawałkiem selera i borowikami. Kiedy się zagotuje, dodajemy dwie łyżki naszego zwykłego octu spirytusowego. To mit, ze cytryna jest lepsza. Polski barszcz nigdy nie wyjdzie tak dobry, jeśli będzie zakwaszany cytryną.

Po pierwszym zagotowaniu odstawiamy garnek, żeby wszystko dobrze naciągnęło. Dodajemy sól, pieprz, cukier, trochę czosnku, i gotowe. Odsączamy płyn, który jest czysty, piękny, klarowny, rubinowy i obłędnie pyszny. Do tego oczywiście uszka.

Znam jeden szybki przepis na uszka, które się udadzą zawsze. Na stolnicę przesiewamy dwie szklanki mąki, dodajemy pół szklanki letniej wody i odrobinę soli. Zapominamy o jajkach, żółtkach, bo najlepsze ciasto na uszka to takie jak na kołduny – cienkie, delikatne, niezakłócające smaku i zapachu tego, czym uszka będą faszerowane. Mieszamy wodę z mąką tak długo, aż oba składniki pięknie się połącza i będzie można zrobić elastyczną kulkę ciasta. Teraz czeka nas najbardziej pracochłonny etap, bo musimy nasze ciasto potraktować wyjątkowo brutalnie, dokładnie tak jak ciasto na faworki. Wyrabiamy je długo i namiętnie, uderzamy pięścią, znęcamy się okrutnie, nie zrażając się tym, ze elastyczna kula w ogóle nie chce z nami współpracować. Po wyrobieniu ciasta kładziemy na nim lniana szmatkę i stawiamy na niej naczynie wypełnione gorącą wodą. Ciasto jest nasze, gdy naczynie będzie już zimne. Odkształca się tak, jak chcemy, dobrze współpracuje z wałkiem i naszymi dłońmi. Ważne tylko, żeby pamiętać o podsypywaniu mąką zarówno stolnicy, jak i samego wałka. Ciasto musimy rozwałkować na bardzo, bardzo cienką warstwę. Następnie szklanką wycinamy z niego zgrabne kółka i układamy w nich farsz.

Głównym składnikiem farszu są suszone prawdziwki. Sześć dużych kapeluszy. Bardzo ważne jest, żeby te prawdziwki nie były śliczne jak z obrazka, ale duże, nawet przerośnięte. Wtedy maja najwięcej aromatu i najpiękniej się suszą. Żeby użyć ich do farszu, musimy je najpierw ugotować. Zalewamy niewielką ilością wody, a później bardzo wolno gotujemy w towarzystwie cebulki, listka laurowego i ziela angielskiego. Jeśli wody będzie zbyt dużo, wtedy ugotujemy zupę i pozbawimy grzyby smaku. Chodzi tylko o to, żeby podczas gotowania ususzone kapelusze otworzyły się i znów stały się wielkimi grzybami. Kiedy już się otworzą, wyciągamy je z wody, studzimy i mielimy w maszynce do mięsa na grubszych okach. Następnie siekamy dwie cebule, przesmażamy je na maśle i zaraz mocno schładzamy, tak żeby masło się zestaliło. Dopiero w tej postaci dodajemy cebulkę do chłodnych, zmielonych grzybów. Dorzucamy jeszcze odrobinę masła, trochę pieprzu, soli i utłuczonego ziela angielskiego, mieszamy i farsz jest gotowy. Zawijamy wokół niego cieniutkie ciasto i mamy uszka, które po ugotowaniu są pyszne, soczyste, pełne aromatu i grzybowo-maślanej niespodzianki, tworzącej w ustach razem z barszczem zjawiskową, świąteczną symfonię smaków.

Tekst: Magda Gessler
Wprost nr 51/2010



Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - rosół



baron.rosol



Rosół to rzecz piękna. 
Myślę, że większości przywołująca wspomnienie dzieciństwa.
A zatem rozbierając na części pierwsze rosół – potrzebujemy:

Kurę, nawet starą (w sensie wieku) lub koguta, nie kurczaka – ten ma najmniej aromatu do zaoferowania.
Rosół ma mieć oka. Rosół ma być tłusty. Tłuszcz ma pochodzić z wygotowanego zwierza, a nie z oliwy!

Włoszczyznę. Korzenie marchwi, pietruszki, selera, liście kapusty włoskiej i pora (które podobno zawdzięczamy królowej Bonie, choć ostatnie badania doniosły, że już wcześniej wszystkie te warzywa rosły w wawelskim ogrodzie).

Cebulę. Chyba jako jedyna bynajmniej nie wrzucona „od tak”. Cebulę do rosołu opalamy – najlepiej opala się na kuchni moich marzeń, czyli na fajerkach. Kiedyś wybuduję dom to właśnie z taką kuchnią. Na gazie opalić też się da. Indukcjo – powodzenia!

Cebula i marchew daje słodyczy – trzeba o tym pamiętać by nie przesadzić.

Lubczyk . Z lubczykiem to jest śmiesznie, bo każdy z nas zna jego smak, tylko nie każdy zdaje sobie z tego sprawę.

A mówi Wam coś nazwa Maggi? Otóż pewien Szwajcar, o tym nazwisku, stworzył wyciąg z lubczyku, sam zaprojektował charakterystyczną butelkę i kolorystykę etykiety, którą widziałem nawet na stole w barze w chińskiej wsi! Pan Maggi jako pierwszy stworzył kostkę rosołową i zupę instant. Był to rok 1886. Można powiedzeń śmiało, że był geniuszem. Wierzę, że kostka rosołowa pod koniec XIX w. była zredukowanym wywarem do postaci proszku – porządnie oczywiście sprawę upraszczając. Nie skłamię przyznając, że dużo za taką kostkę bym dał. Nie skłamię też mówiąć, że kostek rosołowych -choćbyście szukali wszędzie – u mnie w żadnej kuchni nie znajdziecie. Co naprawdę wyprowadza mnie z równowagi to, że miejsc w samej „Stolycy”, gdzie podają rosół zrobiony bez potomkini jednego z tworów Pana M. z trudnością można wymieniać na palcach jednej ręki. Z tego jedna z tych restauracji jako pierwsza dostanie pewnie gwiazdkę Michelin.

Kiedyś, w każdej kuchennej restauracji stały wielgachne gary, do których wrzucało się wszystko, a ogień był zawsze pod nimi tak żeby zawartość tylko do nas mrugała – co po francusku jest „mijoter”. Restauracja posiadająca taki nigdy niegasnący gar ma bazę do zup, sosów, a mięsa są podlewane „aromatem”. Wierzę, że nadejdzie taki dzień w mojej restauracji, jak i w moim domu – ten ostatni będzie wielodzietny – i wielki gar będzie miał sens.

Ziele Angielskie (pimenta ) przez Anglików w XVII w. nazwane „allspice” – jagody przypominały smak goździków, pieprzu , cynamonu i gałki muszkatołowej.

Liść laurowy zwany bobkowym – powiem tylko tyle: na jeden prawdziwy zerwany z drzewa i ususzony własnoręcznie przypada dziesięć tych ze sklepu. Choć na pewno z drzewa zostały zerwane to w którymś z procesów straciły aromat- sięgając po stare przepisy bierzmy to pod uwagę.

Niestety zabrakło w naszej ojczynie kilku stopni Celsjusza żeby móc wyjść z domu i zerwać z drzewa kilka liści, tak jak to czyniłem w mojej kochanej Szkocji.

Wedle uznania, w rosole mogą znaleźć się dodatkowo przyprawy: nasiona kopru, gałązki tymianku, czosnek, a powinien: pęczek natki i nać selera.

Solimy i pieprzymy na 10 minut przed końcem gotowania. Każda ze składowych zawiera już sól, którą poczujemy po jej ugotowaniu. Pieprz według badań najlepszą wyrazistość smaku osiąga w tych ostatnich minutach. Używamy skruszonych ziaren pieprzu – to ważne by zmielonymi nie zamienić naszej klarownej, bursztynowo-złotej substancji w błoto. Przy tej okazji trzeba wspomnieć, że rosołu nie gotujemy na dużym ogniu – jak tylko zauważymy, że właśnie zaczął bulgotać, to zmniejszamy ogień do najmniejszego jaki się da.

Tak przyrządzony rosół, każdy powinien znać i hołubić, zarówno samo danie jak i osobę , która poda nam taką delicję kiedy wrócimy, na ten przykład, zmarznięci z dworu (w części Polski – „z pola”) lub kiedy używaliśmy życia intensywnie w porze snu i nic innego nie zdołamy przełknąć. Rosół niedzielny przerabia się zazwyczaj w poniedziałek w zupę pomidorową.

A teraz przepis na kuzyna naszego bohatera, pochodzący sprzed setek lat ze Szkocji. Niewątpliwie, - jak większość szkockich dań trafiłby w gust naszych krajanów. „Cock-a-leekie”. Nazwa łączy koguta i pory.

Ugotowany rosół przecedzamy. Rwiemy zwierza na części. Marchew i pora kroimy w cienkie paski zwane „Julienne”. Wszystko smażymy na gęsim tłuszczu aż się zarumieni. Dodajemy do wywaru. Doprawiamy, a na koniec dorzucamy dużo tymianku i liści pietruszki. Na dnie talerza układamy posiekane suszone śliwki, zalewamy gorącą zupą – temperatura nie pozwoli zjeść nam jej od razu a śliwki będą miały wystarczająco dużo czasu by spęcznieć.




Autor artykułu: Aleksander Baron
Zwierciadło






Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - brukselka




Zapomnij o gotowaniu. 
Oto kilka zupełnie nowych pomysłów na małą kapustkę

Długie gotowanie powoduje, że żywa zieleń listków zamienia się w szary odcień khaki. Uwalniające się związki siarki napełniają kuchnię i klatkę schodową zapachem zgniłych jajek. A konsystencja staje się brejowata. Jeżeli zależy nam, by zniechęcić kogoś do jedzenia brukselki, gotujmy ją jak najdłużej. Wizerunku nie poprawi nawet okrasa z usmażonej na maśle bułki tartej. Ale jeśli chcemy wprowadzić do menu warzywo zaskakująco smaczne, wdzięczne w obróbce, tanie, lokalne i dostępne w zimie, sięgnijmy po brukselkę, zapominając o gotowaniu.

Wybieramy główki świeże, jędrne, nieżółknące. Nie boimy się zimna, bo po przymrozkach brukselka staje się słodsza. Usuwamy wierzchnie listki, obcinamy ogonki, płuczemy i wybieramy sposób krojenia. Z niego wynika dalsza obróbka. Pokrojenie główki w trzy-cztery plasterki, najlepiej pionowe, bo wtedy trzymają się spójnie, jest idealne do smażenia. Rozgrzewamy na patelni oliwę, dodajemy drobno posiekany czosnek, brukselkę, po chwili garść orzechów laskowych i suszonych żurawin. Mieszamy od czasu do czasu, solimy, pieprzymy. Plasterki się rumienią, wydobywając słodycz, żurawina pęcznieje, a orzechy stają się chrupkie i pachnące. Kolory są żywe i wesołe. Danie może być dodatkiem, ale broni się też samodzielnie na talerzu. Brukselka lubi tłuszcz i dym. Plasterki świetnie się smażą z paskami surowej szynki staropolskiej, wędzonym boczkiem, pancettą, ogonówką. Możemy dodać wiórki szalotki, kruszone chili, skórkę z cytryny lub pomarańczy. A jeśli do smażenia wybierzemy masło, uzupełnieniem niech będą paseczki porów i gałka muszkatołowa albo czosnek i listki szałwii.

Autor artykułu: Agnieszka Kręglicka 
Foto: Arkadiusz Ścichocki

Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - kurczak






Kurcze pieczone!

Dlaczego mam problem z kurczakiem? 
Bo rzeczywiście, brzydzę się tylko kurczaka!





Zadam to pytanie inaczej: dlaczego wszyscy jędzą owe przemysłowe mięso, zwierząt spędzających życie w klatkach? I dlaczego traktujemy je w ten sposób? Tak, posiadają one małe rozumki – ale pardon, to wciąż żywe stworzenia!

Fakt, że karmi się je sterydami, że spędzają swój żywot w koszmarnej atmosferze, doprowadza mnie do obcego mi uczucia: obrzydzenia podczas obróbki tego mięsa. A na Boga – ja się przecież niczego nie brzydzę…

Kurczak jest wszędzie! Dziś nawet rosół robi się z kurczaka a nie z kury. Nie wspominając o kostce rosołowej. Na niej jednak, wyżyję się jeszcze nie raz.

Jest jednak jeden wyjątek – kurczak od świętej pamięci babci Zosi. Różnica niebotyczna. To było mięso. Soczyste, o wyrazistym smaku i włóknistej teksturze, kleiste…

Może my, mieszkańcy wielkich miast, skazani jesteśmy na beznamiętny syf?

Może tylko na wsi, której tak wiernie kibicuję żeby na zawsze została przylądkiem „życia bliżej życia”, ludziom wciąż dany jest smak prawdziwego kurczaka? Może…

Załóżmy jednak, że pojechaliśmy na wieś i udało nam się kupić kuraka od zaufanego człowieka, który nie chciał się na nas wzbogacić i nie wcisnął nam truchła ze sklepu „za rogiem”.

…I zabierzmy się za przyrządzanie tego nielota…

Wypchajmy wnętrze bezgłowego tułowia włoszczyzną. A teraz, obok miejsca nafaszerowania ptaka marchewką, zmacajmy fałdę skórną, którą następnie oddzielmy dłonią od mięsa. To właśnie tam, powinny znaleźć się czosnek i rozmaryn – możliwie równomiernie rozłożone. Tak oporządzonego ptaka, ustawmy na piedestale z młodych ziemniaków, zalanych wodą w naczyniu żaroodpornym. Jeszcze sól i pieprz i piec i … gotowe jest!

Kiedy?

Kiedy sos wypływający z jego szanownego tyłu, zaczyna być klarowny.

**** I jeszcze jeden porządek, który z kurczakiem chciałem zawsze zrobić. De volaille, dewolay, dewolaj - WTF?

Tak określa się, w naszym kraju, pierś nadziewaną masłem, masłem czosnkowym, żółtym serem a nawet żółtym serem z pieczarkami. A przecież de volaille po francusku, znaczy po prostu drób, ptactwo. Po prostu! Danie to w wersji nadziewanej, znane jest, na prawie całym świecie, pod nazwą „kurczak po kijowsku”, od nazwy miasta, w którym to nader jest popularne. Owa pierś, nadziana jest w tej wersji masłem czosnkowym wzbogaconym ziołami, a nie rzadko też cytryną i gałką muszkatołową. Pokryta jest panierką z bułki tartej i smażona jest lub pieczona. Niegdyś, zasłynęła nią nowojorska restauracja „The Russian Tea Room”, o czym wspomina Janusz Głowacki, w książce poświęconej postaci Kosińskiego, który to podobno, był tej restauracji stałym bywalcem.

Autor artykułu: Aleksander Baron

Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - barszcz ukraiński







Barszcz ukraiński

Zamawiany u nas przez Ukraińców podobno rozczarowuje. 
Bo u nas to po prostu zupa, a u nich lek na całe zło. I coś w tym jest


Ryba po grecku z niczym znajomym nie kojarzy się Grekom, śledź po japońsku zaskakuje Japończyków, a Bretończycy z niedowierzaniem patrzą na fasolkę po bretońsku. Okazuje się, że do dań narodowych - tak odległych od oryginału, że nierozpoznawalnych - należy też nasza wersja barszczu ukraińskiego. Kiedy Ukraińcy zamawiają w Polsce ukraiński barszcz, to pierwszym uczuciem jest rozczarowanie. U nas to po prostu zupa, a u nich lek na całe zło, probierz wartości gospodyni, narodowa duma, obiekt kultu.

Precyzyjne zdefiniowanie istoty ukraińskiego barszczu nie jest łatwe, bo jak każde danie domowe gotowane powszechnie ma niezliczoną liczbę wersji. Prócz odmian rodzinnych dochodzą różnice regionalne - kijowska, połtawska, odeska czy karpacka, wersje okołoreligijne - postna i koszerna, a nawet zupełnie peryferyjne - rybna czy zielona ze szpinakiem i szczawiem.

Chociaż pierwotny barszcz, tak jak i u nas, robiono z kiszonych liści dzikiej rośliny o tej samej nazwie, dziś podstawą są buraki. I już przy próbie opisu ich przygotowania pojawiają się różnice. Bo buraki można kroić w kostkę, w słupki albo trzeć na tarce; bo mogą być kiszone, surowe, pieczone albo gotowane. I każda z tych metod jest jedyną słuszną.

Moja pierwsza przewodniczka po krainie barszczu Olga, tłumaczka i pasjonatka kuchni, każe buraki ugotować, pokroić w kostkę i usmażyć na oleju, doprawiając octem, cukrem i koncentratem pomidorowym. Druga, też Olga, trenerka fitness, używa krojonych buraczków ze słoika, bo są dobrze dokwaszone i oszczędzają czas.

Równie ważnym punktem jest przygotowanie zasmażki. Pominę sposoby krojenia marchwi i cebuli, choć i one kształtują ostateczny efekt. Należy warzywa zrumienić na tłuszczu (kanonicznie na smalcu, dziś na oleju), wydobywając ich całą słodycz i moc. Olga trenerka, której mąż twierdzi, że przygotowuje ona najlepszy barszcz na świecie, marchew i cebulę przesmaża z koncentratem pomidorowym, listkiem laurowym i posiekaną natką, a na końcu dodaje wiejską śmietanę, co jest jej tajemnicą sukcesu. Z kolei Olga tłumaczka uzupełnia warzywa pokrojoną w paseczki papryką, a śmietanę w zasmażce uważa za herezję.

Zasadniczy wpływ ma przygotowanie wywaru. Może być mięsny (gotowany powoli, czyszczony z szumowin), mięsno-fasolowy (fasola uprzednio namoczona) lub fasolowo-grzybowy (postny). Do gotowego wywaru na pewno trafią ziemniaki, bo ziemniaki trafiają do każdej ukraińskiej zupy, i kapusta pokrojona w długie paseczki, słodka albo kiszona, albo jedna i druga. Według autorskich inwencji mogą się pojawić suszone śliwki, łyżka żurawinowej lub wiśniowej konfitury, posiekany koperek, ostra papryczka.

Finalną równowagę słodyczy i kwasu uzyskuje się, uzupełniając barszcz cukrem, kwasem z buraków, sokiem z cytryny. Jednak dopiero doprawienie na talerzu dodatkami podawanymi osobno daje oczekiwaną kulminację smaku. Solona słonina utarta z surową cebulą albo słonina z czosnkiem, albo surowy czosnek do wyciśnięcia, koniecznie kwaśna śmietana i ewentualnie posiekana natka pietruszki są kropką nad i. I jeszcze ciemny chleb, a w wersji odświętnej pampuszki - wytrawne drożdżowe bułeczki polewane czosnkowym dressingiem.

Barszcz to więcej niż zupa, to danie jednogarnkowe. Trzeba gotować go spokojnie, z namaszczeniem. Poszczególne elementy szykować osobno, dopieszczając każdy z nich. A po połączeniu pozwolić barszczowi dojrzeć, przegryźć się, rozkwitnąć. Nawet odgrzewając go następnego dnia (bo najlepszy jest odgrzewany), trzeba uważać, aby go nie zagotować, bo straci kolor. I jak się przyjrzeć tej całej procedurze, to rzeczywiście nasz barszcz ukraiński z mrożonki Hortexu ma się nijak do oryginału.

1 szklanka fasoli jaś

1 wiejska kura

3-4 buraki

4 ziemniaki pokrojone w kostkę

1/4 białej kapusty poszatkowanej w cienkie paseczki

2 cebule pokrojone w kostkę

2 marchewki utarte na tarce jarzynowej

1 łyżka posiekanej natki pietruszki

2 listki laurowe

3 łyżki przecieru pomidorowego

olej słonecznikowy do smażenia

kwaśna śmietana

sól, pieprz, cukier

sok z cytryny

ocet winny

dodatki podane na stół, osobno: kwaśna śmietana, u czosnek do wyciśnięcia, natka pietruszki

Fasolę namoczyć na noc. u Nastawić wywar: w dużym garnku zalać fasolą wodą, dodać kurę i gotować wszystko na małym ogniu. Zbierać i usuwać szumowiny. Buraki ugotować osobno, obrać, pokroić w słupki, usmażyć na oleju, doprawić octem, cukrem, solą i pieprzem. Przygotować zasmażkę: na rozgrzanym na patelni oleju zeszklić cebulę, po chwili dodać marchew, lekko zrumienić, dodać przecier pomidorowy, natkę, listek laurowy, sól, pieprz. Przesmażyć, zabielić łyżką śmietany. Zasmażka powinna być gęsta i pachnąca. Gdy fasola jest prawie miękka, dodać ziemniaki i sól.

Miękką kurę wyjąć z wywaru, po ostudzeniu rozebrać z kości, a czyste mięso pod koniec gotowania z powrotem dodać do garnka. Gdy ziemniaki są półmiękkie, dodać buraki, kapustę i zasmażkę. Gotować tylko tak długo, aż kapusta będzie wciąż al dente, ale ziemniaki się dogotują. Doprawić do smaku, zakwasić sokiem z cytryny. Odstawić na godzinę, aby zupa się przegryzła. Podawać z surowym czosnkiem do wyciśnięcia, śmietaną, posiekaną natką i ciemnym chlebem.

Tekst; Agnieszka Kreglicka
fot. Arkadiusz Ścichocki, stylizacja Zuzanna Wiciejowska
Wysokie Obcasy





Akademia Kulinarnego Mistrzostwa - tatar




Tym razem ograniczymy się jedynie do czerwonego mięsa! 
Ani słowa o tatarze ze śledzia, z tuńczyka czy 
z łososia surowego, wędzonego. 
I nic o tatarach z owoców czy warzyw. 
Nic o sosach tatarskich. 
Dziś rolę pierwszoplanową odgrywa mięso!






I należy od razu podkreślić, że choć z każdego mięsa owo danie da sie przyrządzić, nie jadamy tatara z wieprzowiny bo nikt przecież nie chce mieć zapalenia wątroby. Z kurczaka, jedynego mięsa którego sie brzydzę (oczywiście oprócz tego prawdziwego ze wsi), też nie przyrządzamy surowych dań – no może z wyjątkiem dań przygotowanych przez pewnego Japończyka, który rzeczywiście podobno robi z nich sushi.

Polędwica wołowa to mięso, z którego najczęściej jemy tatara. Niestety też – najczęściej nasze mięso jest mielone w maszynce. Ach! Nie ma nic bardziej przykrego. Bo choć to pracochłonne, mięso należy siekać nożem. I siekać tak długo, aż będzie można nim smarować upragnione powierzchnie. I niekoniecznie trafić powinno na pieczywo, z kobiecych ud smakuje dużo lepiej.

Uwierzcie mi, przy siekaniu tatara dla – dajmy osiemdziesięciu osób – dwóch kucharzy może się nieźle zmachać. Ale w kuchni trzeba trzymać poziom.

Ciekawym mięsem jest sarnina. Wyjątkowo delikatna, o bardzo charakterystycznym zapachu, z którym wielu ludzi może mieć problem. Kiedyś pracowałem w dużej, cateringowej kuchni, pod okiem mistrza narodowości niemieckiej, o którym jeszcze nie raz wspomnę. Panował na niej system kar i – rzadko – nagród, w ramach którego przewidziane były różnego rodzaju upokorzenia. W tej więc kuchni, dostałem pół sarny do oporządzenia. Miała jeszcze na sobie skrawki futra, pewnie myśliwy miał równie mało wprawy jak ja. Aż siedmiu kucharzy opuściło kuchnię, zostawiając mnie w ferworze walki oddzielania mięsa od kości, ale udało się z kubkiem kawy pod nosem i na sposób „długiego papierosa” – bo sarnina naprawdę śmierdzi. Nie zrażajmy sie jednak, jest to pyszne mięso i basta!

A jeżeli idzie o jagnię… spróbujcie tego:
posiekajcie jagnięcą gicz pozbawioną błon i ścięgien
gruntowy ogórek pokrojony w drobną kostkę skropcie olejem słonecznikowym z pierwszego tłoczenia na zimno
dodajcie pieprz świeżo mielony, i sól gruboziarnistą
a jeżeli chcemy zrobić komuś wielką przyjemność użyjmy ikry łososia, żeby potrawę wykończyć
do tego jeszcze redukcja* rozmarynu z czosnkiem i miodem - ważne z jakim, bo to nadaje ton! /dziś stawiam na akacjowy/
a żeby zmienić teksturę możemy dodać kwaśnej śmietany

*redukcja: kilka gałązek rozmarynu gotujemy w wodzie z ząbkiem czosnku i z czterema łyżkami miodu akacjowego

Może kaczka? Odważnie!

Jeżeli uda nam się kupić świeżą kaczą pierś – do dzieła!
siekamy!
dodajemy musztardę gorczycową i szczyptę cukru trzcinowego
wyciskamy sok z pomarańczy, który wygotowujemy z przyprawami korzennymi ( goździk,cynamon,mielony imbir); wywar ten mrozimy i przed podaniem miksujemy blenderem.

Tatar serwujemy na cienkich plastrach ogórka(użyjmy obieraczki!) z jajkiem kaczym, skropiony olejem lnianym i z liśćmi świeżego majeranku.

Obok na talerzu powinien wylądować sorbet z pomarańczy.

I uwaga! Uwaga! Meritum sprawy, oryginalny tatar jest z koniny!

Ileż ja się nasłuchałem argumentów przeciw. Ile spojrzeń dostałem wrogich i pełnych pogardy.Tatarzy jedli konie z szacunku do tych zwierząt. Cóż, jako potomek Tatara, i to nie byle jakiego, bo kasztelana zamku w Chęcinach, mogę powiedzieć tylko tyle, że moja górna warga jest w zaniku a moja miłość do koniny nie zna granic.

Instrukcja obsługi:

Tatara z koniny (polędwica) wkładamy do ust, językiem rozgniatamy o podniebienie.

Tak, przypomina masło.


Autor artykułu: Aleksander Baron
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...