Labraks niespodzianka w papilotach

Obiad dziś spadł nam z nieba. Bez planu i nadziei. Cudownie świeże, z czwartkowej dostawy ryby. Radośnie i pospiesznie sprawione, posypane morska solą, z masłem czosnkowym w brzuszkach, spoczną na "łóżeczkach" z warzyw przypadkowych czyli takich, jakie zaskoczona uśmiechem losu gospodyni w lodówce znaleźć może.

Jeden mały brokuł 
pół bulwy fenkuła z listkami
kilka plasterków pora 
jedna marchewka
jedna papryczka chilli
trochę skórki otartej z cytryny i odrobina soku
oliwa z oliwek
natka pietruszki

I nie należy się przywiązywać do tego bukietu. Ten spontaniczny i mocno z konieczności wybór niech pozostanie bardziej pomysłem niż przepisem na danie.





Oczyszczone, 
skropione sokiem z cytryny, natarte oliwą z oliwek, posypane skórką z cytryny,






pieczołowicie zawinięte w pergamin francuską metoda "małych kroczków" 
lądują w piekarniku rozgrzanym do 180 st C na 25 min.






Zaspakajając nasze kulinarne zmysły,  znikają jeszcze szybciej niż się pojawiły





(-: :-)

Wiosenne smardze i oliwa aromatyzowana







Już prawie zapomniałam o ich istnieniu. Ostatnie nasze spotkanie miało miejsce jeszcze w moim poprzednim "miejskim" życiu, kiedy to można je było spotkać w parkach lub kupić na bazarku. Aż do wczoraj, kiedy to wyskoczyły nagle (jak to grzyby po deszczu (-:) pod włoskim orzechem moich sąsiadów. Zupełnie nierealne. Wyglądały jak woskowe drzewka wetknięte w trawiastą makietę elektrycznej kolejki. Smardze! Zaraz po truflach najcenniejsze grzyby świata. Obiekt pożądania każdego szefa kuchni.

Przed grabiami uratowała je moja interwencja. Znalezisko zdaniem gospodarzy było wątpliwe, wręcz niebezpieczne. Niewiele brakowało a stałabym się jedyną posiadaczką tego kulinarnego luksusu. Zgubiła mnie siła perswazji i determinacja zamanifestowana spontaniczną i udaną próbą konsumpcji surowego owocnika. Za karę do domu wróciłam tylko z połową zbiorów i przeświadczeniem, że bestię oswoiłam również połowicznie.
Jak się później okazało przeświadczeniem całkiem słusznym. Podskórny niepokój właścicielki grzybodajnego trawnika sprawił iż eksperyment kulinarny został odłożony do dnia następnego. Dopiero po pozytywnych wynikach kontroli stanu mojego zdrowia znalazł się na nie amator.
Usmażone jedynie na maśle wywołały na twarzy  konsumenta-ochotnika wyraz kulinarnej rozkoszy. Aż strach pomyśleć co by było gdyby zjadł risotto!







Moje smardze zostały wysuszone i teraz aromatyzują oliwę. Czekam aż oddadzą swój wyjątkowo delikatny grzybowy aromat. Będziemy się nim delektować w letnich sałatkach.







PS
Jak wiadomo smardze są u nas pod ścisłą ochroną, więc jak na mnie doniesiecie, to się wszystkiego wyprę i zeznam, że zdjęcia zostały zrobione na Ukrainie.




Wigilijne sledzie z prawdziwkami, miodem, rodzynkami i olejem rzepakowym



Moje ulubione.
Na wskroś świąteczne.
Z tradycyjnych wigilijnych składników.
Pachnące grzybami i miodem.
Koniecznie z olejem rzepakowym.








Dla 4-6 osób potrzebne nam będzie:

300 g filetów solonego matjasa
 szklanka mleka
6-8 kapeluszy mrożonych lub suszonych borowików
100 ml oleju rzepakowego
2 duże, białe cebule pokrojone w piórka
2 łyżki miodu 
pół szklanki namoczonych rodzynek
łyżka soku z cytryny
2 liście laurowe
kilka ziaren ziela angielskiego
szczypta czarnego pieprzu


Umyte filety śledziowe zalewamy mlekiem, odstawiamy na dwie godziny.
Ponownie płuczemy w zimnej wodzie, Osuszamy i kroimy na kawałeczki.
Cebulę i rozmrożone, pokrojone kapelusze prawdziwków
podsmażamy na 2 łyżkach oleju rzepakowego.
Jeśli używamy grzybów suszonych, namaczamy je uprzednio w ciepłej wodzie, nastepnie gotujemy do miękkości. Studzimy. Łączymy wszystkie składniki.
Dodajemy rodzynki, liść laurowy i ziele angielskie.
Z pozostałego oleju, miodu i soku z cytryny robimy szybki sos.
Polewamy obficie śledzie. Nie żałujemy.
Olej rzepakowy jest naturalnym źródłem kwasów omega – 3 i dlatego nie powinno go zabraknąć w naszym jadłospisie. Nie tylko od święta.

Smacznego.

Przepis zgłoszony do konkursu na portalu  pokochajolejrzepakowy.pl



Wigilia 2013


Wigilia.

Wieczór magiczny, wyczekiwany.
Świeto miłości, radości i przebaczenia.
W blasku pierwszej gwiazdki stół biały zapachem siana osnuty.
Barszczem i makiem malowany, słońcem pomarańczy.
Zastawą ryb, pierogów i kapust wszelakich bogaty.
Miodem osłodzony.








I z tej okazji, tradycyjnie juz zapraszam Was na wspólne świąteczne gotowanie.
Od 8 grudnia do 8 stycznia na Durszlaku i Mikserze 
możecie umieszczać swoje przepisy
na postne potrawy przygotowane w duchu tradycji wigilijnej.


Serdecznie zapraszam

Nie zapomnijcie umieścić banerka.





Dziękuję wszystkim uczestnikom wigilijnego gotowania za udział w akcji Wigilia 2012. Podobnie jak w poprzedniej edycji zgłosiliście ponad sześćset przepisów!
Przeważały przepisy na słodkości.
Pachniało miodem i pomarańczami, bieliło się lukrem. Było korzennie i orzechowo.
Nie brakło też tradycyjnych potrawy wigilijnych.
Ryby, kapusta, grzyby, rozmaite pierogi i postne zupy gościły na Waszych stołach.
Bardzo świątecznie i zgodnie z tradycją.
Cudownie było móc przeczytać je wszystkie, a przy okazji zajrzeć  do waszych świątecznych kuchni.
Wiele z Waszych potraw była dla mnie kolejnym odkryciem kulinarnym,
inspiracją i najlepszą lekcją gotowania.

Raz jeszcze dziękuję.



Wszystkie Wasze przepisy znajdziecie tutaj






Kiszone gąski


Zielone i szare.
Ostatni jesienny obiekt pożądania grzybiarza-smakosza.
Zwiastun nieuchronnie nadchodzącej zimy.
Trzeba się solidnie nałazić żeby je znaleźć, mocno nachlapać żeby umyć,
a przedawkowane potrafią nieźle namieszać w naszych trzewiach.
Dlaczego więc mam do nich szczególną słabość?

Bo są najlepsze do kiszenia.
Twarde, jędrne, o wyjatkowo delikatnym grzybowym smaku.
Biją na głowę rydze, kurki i opieńki. A nawet borowiki.






Owocniki do kiszenia powinny byc świeże, zdrowe, najlepiej młode.
Bez śladów penetracji przez ślimaki i owady.
Żeby nie stracić nic z wyjątkowego smaku gąsek,
nie powinno się ich kisić w towarzystwie innych grzybów.
Na szczęście o tej porze roku nie mają wielkiej konkurencji.


Na kilogram obranych gąsek potrzebna nam będzie

1 duża cebula
2-3 ząbki czosnku
4-5 liści laurowych
10 ziaren ziela angielskiego
10 ziaren czarnego pieprzu
1 łyżka cukru
2 łyżki soli
1/5 litra wody


Zaczynamy od oczyszczenia grzybów na sucho i skrócenia ogonków.
Nastepnie myjemy je szybko pod bieżącą zimną wodą. NIE MOCZYMY.
Resztek piasku pozbędziemy się delikatnie mieszając grzyby w czasie blanszowania.
Umyte wrzucamy na wrzątek i obgotowujemy 5-7 min. 
Pokrojoną w plasterki cebulę i czosnek przelewamy wrzątkiem lub dodajemy do grzybów pod koniec blanszowania. Całość przecedzamy i studzimy. Wywar po gąskach warto zachować zamrażając na czas kiszenia, by później wykorzystać go do zrobienia pysznego barszczu.






Kapelusze układamy warstwami w glinianym garnku lub słoju przesypując solą, cukrem i przyprawami. Przyciskamy talerzykiem ograniczając dostęp powietrza, obciążamy kamieniem i przykrywamy ściereczką. W ciągu doby powinny wypuścić taką ilość soku aby przykrył całość. Jeśli płynu jest zbyt mało, uzupełniamy solanką
- 1 łyzka soli na 1/2 l wody.
Pozostawiamy na 5-7 dni w temperaturze pokojowej,
nastepnie przenosimy w chłodne miejsce na 3-5 dni.
Po 10 dniach grzyby sa gotowe do spożycia.

Można je jeść bez dalszego przetwarzania. Jeśli są zbyt słone, trzeba chwilę pomoczyć je w wodzie. Są doskonałe jako składnik sałatek, dodatek do tatara wołowego i  łososia. Znakomicie spisują się w zastępstwie egzotycznych grzybów w daniach "z pałeczkami" Miłośnikom zup polecam doskonały barszcz na kiszonych gąskach. Przepis znajdziecie  u Agi w sezonie... Wystarczy jej świeże gąski zastąpić moimi kiszonymi, ograniczyć ilość soli i barszcz gotowy. Dodam tylko, że bliższa memu sercu jest wersja z kopczykiem ziemniaków puree na środku talerza.







Jeśli chcemy je przechować na dłużej, wystarczy przełożyć do słoiczków i pasteryzować 15-20 min. Odstawić do chłodu co znacznie spowolni dalszy proces kiśnięcia.
Tak utrwalone można przechowywac do trzech miesięcy.


Smacznego!


I pamiętajcie,
 dzieciom do lat 15-tu nie powinno sie podawać żadnych grzybów!



Zbity pies i carpaccio z borowików

Obudził mnie dziwny, nieznajomy hałas. Zanim umysł zdołał go zdefiniować, ciało zesztywniało i oblało się potem. Już postawiło diagnozę. MYSZ!
Nie byłam w stanie się poruszyć, leżałam nie otwierając oczu. 
- To nie jest tak jak myślisz - zaklinałam rzeczywistość. 
Prosta kobieca logika, jak powiedziałby Gruby, na moment dodała mi odwagi.  
Hałas też ustał. 
- Poszła sobie! Złapałam powietrze.
- A jak nie? Kolejny atak paniki.
Drżenie w kolanach, pot spływający do uszu, zjeżone włosy. Gdyby nie depilacja....
- O matko! Jęknęłam. Co będzie jak wróci? 
Zacznę wrzeszczeć, potem się spakuję i wyprowadzę!
- Kici, kici! Gdzie ta cholerna Kocia? Rozpaczliwie szukam wsparcia. 
Całkowicie porzuciła myszy na rzecz złotych rybek z oczka sąsiada?
- No, zrób coś! Tym razem szturchnęłam nogą psi kudłaty zawój pochrapujący obok w łóżku. Picia podniosła główkę i spojrzała na mnie z obrzydzeniem.  
- Mr. Floyd! Mr. Floyd! Wysyczałam w kierunku schodów wykorzystując ostatnią deskę ratunku. W odpowiedzi usłyszałam nerwowe ziewnięcie. Pomoc nie nadeszła.

- Boże! Dlaczego ja w najtrudniejszych chwilach swojego życia muszę być samaaa !!!

Wyłażenie spod kołdry zajęło mi całą wieczność. W końcu usiadłam. Trochę na wyrost, bo biegam w japonkach, zlustrowałam kapcie, czy aby nie tam skrył się mój prześladowca. Sprawdziłam czy mam sieć w telefonie i czy 112 jest w tym samym miejscu co zwykle. Na koniec złapałam bryłę solną i unosząc ją do góry zdefiniowałam jej przeznaczenie. Ona albo ja!
Widać nie do końca chciałam konfrontacji z napastnikiem, bo szurając i tupiąc nogami szłam w kierunku okna, skąd jak mi się wydawało dochodziły zagrażające utracie przeze mnie zmysłów dźwięki. Nie wiem czemu podniosłam oczy do nieba zanim chwyciłam  łańcuszek rolety. 

W przeciwieństwie do mojego poranka, scena którą ujrzałam za oknem była iście sielankowa. Na dolnym dachu domu,  para dobrze mi znanych miejscowych wiewiórek bawiła się w najlepsze, przetrząsając zawartość rynny w poszukiwaniu jesiennych smakołyków. W jednej sekundzie dotychczasowa potrzeba panicznej ucieczki ustąpiła miejsce agresji. Szarpnęłam klamkę okna z zamiarem rozładowania emocji na początek werbalnie, z użyciem steku wyzwisk i słów nieobyczajnych. Na mój widok rude szelmy zastygły na moment w bezruchu,  i zanim zdążyłam otworzyć usta, błyskawicznie zniknęły w gałęziach rosnącej przy domu brzozy. Może to i lepiej... zwłaszcza że kilogram solnej skamieliny nadal tkwił w mojej ręce. Pomyśleć, że jeszcze wczoraj były Bśką i Miśkiem a ja karmiłam je orzeszkami! Rude małpy!
Mimo wszystko odetchnęłam z ulgą. Odłożyłam bezużyteczne narzędzie, założyłam klapki, z których już zdążyłam wyskoczyć i zeszłam na dół. 

U stóp schodów czekał na mnie Mr. Floyd. Z pochyloną głową i niemym, obcym ogonem. Zwykle wesołe, wpatrzone we mnie oczy teraz wbite były we własne, nerwowo przebierające łapy. Wyglądał jak przysłowiowy zbity pies. I tak z pewnością się czuł. Sponiewierany przegraną walką między wpojonym przez nas zakazem wchodzenia na schody, a instynktem labradora zawsze gotowemu nieść pomoc swojemu człowiekowi.
Zrobiło mi się smutno. Było jasne, kto kogo zawiódł, a kto jest bardziej "potłuczony" 

- No już. Dobry pies, mądry pies! Przepraszam. Łapa?

W odpowiedzi zaszył się pod schodami.
Dopiero magiczne dźwięki spacerowych akcesoriów zdołały wyciągnąć go z domu.
Sprzątnęliśmy nadjedzoną złotą rybkę z trawnika, pokazaliśmy trzeci palec bezczelnym rudzielcom nadal beztrosko buszującym po naszym dachu i poszliśmy na długi spacer "wylizywać rany" Wiatr w ogonie, setki przyniesionych patyków i spora porcja moli z anchois zrobiły swoje. Wróciliśmy pojednani, szczęśliwi. i znacznie bogatsi. Głównie o lekcje pokory. Rzepy w psich uszach i prawdziwki w kapturze to tylko miły dodatek.


Na kolację będzie carpaccio z borowików. 








Młode, zdrowe i bez lokatorów grzybki oczyszczam na sucho z piasku i liści.
Przycinam ogonki i kroję na cieniutkie plasterki.
Układam na liściach sałaty. Najlepiej smakują z rukolą, ale może być także roszponka, młody szpinak lub botwinka. Posypuję ziarnami marynowanego zielonego pieprzu i kuleczkami kaparów. Skrapiam oliwą aromatyzowaną prawdziwkami  i odrobiną sosu Maggi. Świeże zioła dopełniają całości. Tymianek i pietruszka.
Dla mnie bagietka z masłem, dla Grubego czosnkowa grzanka.
Plasterki znikają jeden za drugim.

Mr. Floyd śpi przebierając łapami we śnie. Może wbiega na te cholerne schody?


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...