Wigilijne sledzie z prawdziwkami, miodem, rodzynkami i olejem rzepakowym



Moje ulubione.
Na wskroś świąteczne.
Z tradycyjnych wigilijnych składników.
Pachnące grzybami i miodem.
Koniecznie z olejem rzepakowym.








Dla 4-6 osób potrzebne nam będzie:

300 g filetów solonego matjasa
 szklanka mleka
6-8 kapeluszy mrożonych lub suszonych borowików
100 ml oleju rzepakowego
2 duże, białe cebule pokrojone w piórka
2 łyżki miodu 
pół szklanki namoczonych rodzynek
łyżka soku z cytryny
2 liście laurowe
kilka ziaren ziela angielskiego
szczypta czarnego pieprzu


Umyte filety śledziowe zalewamy mlekiem, odstawiamy na dwie godziny.
Ponownie płuczemy w zimnej wodzie, Osuszamy i kroimy na kawałeczki.
Cebulę i rozmrożone, pokrojone kapelusze prawdziwków
podsmażamy na 2 łyżkach oleju rzepakowego.
Jeśli używamy grzybów suszonych, namaczamy je uprzednio w ciepłej wodzie, nastepnie gotujemy do miękkości. Studzimy. Łączymy wszystkie składniki.
Dodajemy rodzynki, liść laurowy i ziele angielskie.
Z pozostałego oleju, miodu i soku z cytryny robimy szybki sos.
Polewamy obficie śledzie. Nie żałujemy.
Olej rzepakowy jest naturalnym źródłem kwasów omega – 3 i dlatego nie powinno go zabraknąć w naszym jadłospisie. Nie tylko od święta.

Smacznego.

Przepis zgłoszony do konkursu na portalu  pokochajolejrzepakowy.pl



Wigilia 2013


Wigilia.

Wieczór magiczny, wyczekiwany.
Świeto miłości, radości i przebaczenia.
W blasku pierwszej gwiazdki stół biały zapachem siana osnuty.
Barszczem i makiem malowany, słońcem pomarańczy.
Zastawą ryb, pierogów i kapust wszelakich bogaty.
Miodem osłodzony.








I z tej okazji, tradycyjnie juz zapraszam Was na wspólne świąteczne gotowanie.
Od 8 grudnia do 8 stycznia na Durszlaku i Mikserze 
możecie umieszczać swoje przepisy
na postne potrawy przygotowane w duchu tradycji wigilijnej.


Serdecznie zapraszam

Nie zapomnijcie umieścić banerka.





Dziękuję wszystkim uczestnikom wigilijnego gotowania za udział w akcji Wigilia 2012. Podobnie jak w poprzedniej edycji zgłosiliście ponad sześćset przepisów!
Przeważały przepisy na słodkości.
Pachniało miodem i pomarańczami, bieliło się lukrem. Było korzennie i orzechowo.
Nie brakło też tradycyjnych potrawy wigilijnych.
Ryby, kapusta, grzyby, rozmaite pierogi i postne zupy gościły na Waszych stołach.
Bardzo świątecznie i zgodnie z tradycją.
Cudownie było móc przeczytać je wszystkie, a przy okazji zajrzeć  do waszych świątecznych kuchni.
Wiele z Waszych potraw była dla mnie kolejnym odkryciem kulinarnym,
inspiracją i najlepszą lekcją gotowania.

Raz jeszcze dziękuję.



Wszystkie Wasze przepisy znajdziecie tutaj






Kiszone gąski


Zielone i szare.
Ostatni jesienny obiekt pożądania grzybiarza-smakosza.
Zwiastun nieuchronnie nadchodzącej zimy.
Trzeba się solidnie nałazić żeby je znaleźć, mocno nachlapać żeby umyć,
a przedawkowane potrafią nieźle namieszać w naszych trzewiach.
Dlaczego więc mam do nich szczególną słabość?

Bo są najlepsze do kiszenia.
Twarde, jędrne, o wyjatkowo delikatnym grzybowym smaku.
Biją na głowę rydze, kurki i opieńki. A nawet borowiki.






Owocniki do kiszenia powinny byc świeże, zdrowe, najlepiej młode.
Bez śladów penetracji przez ślimaki i owady.
Żeby nie stracić nic z wyjątkowego smaku gąsek,
nie powinno się ich kisić w towarzystwie innych grzybów.
Na szczęście o tej porze roku nie mają wielkiej konkurencji.


Na kilogram obranych gąsek potrzebna nam będzie

1 duża cebula
2-3 ząbki czosnku
4-5 liści laurowych
10 ziaren ziela angielskiego
10 ziaren czarnego pieprzu
1 łyżka cukru
2 łyżki soli
1/5 litra wody


Zaczynamy od oczyszczenia grzybów na sucho i skrócenia ogonków.
Nastepnie myjemy je szybko pod bieżącą zimną wodą. NIE MOCZYMY.
Resztek piasku pozbędziemy się delikatnie mieszając grzyby w czasie blanszowania.
Umyte wrzucamy na wrzątek i obgotowujemy 5-7 min. 
Pokrojoną w plasterki cebulę i czosnek przelewamy wrzątkiem lub dodajemy do grzybów pod koniec blanszowania. Całość przecedzamy i studzimy. Wywar po gąskach warto zachować zamrażając na czas kiszenia, by później wykorzystać go do zrobienia pysznego barszczu.






Kapelusze układamy warstwami w glinianym garnku lub słoju przesypując solą, cukrem i przyprawami. Przyciskamy talerzykiem ograniczając dostęp powietrza, obciążamy kamieniem i przykrywamy ściereczką. W ciągu doby powinny wypuścić taką ilość soku aby przykrył całość. Jeśli płynu jest zbyt mało, uzupełniamy solanką
- 1 łyzka soli na 1/2 l wody.
Pozostawiamy na 5-7 dni w temperaturze pokojowej,
nastepnie przenosimy w chłodne miejsce na 3-5 dni.
Po 10 dniach grzyby sa gotowe do spożycia.

Można je jeść bez dalszego przetwarzania. Jeśli są zbyt słone, trzeba chwilę pomoczyć je w wodzie. Są doskonałe jako składnik sałatek, dodatek do tatara wołowego i  łososia. Znakomicie spisują się w zastępstwie egzotycznych grzybów w daniach "z pałeczkami" Miłośnikom zup polecam doskonały barszcz na kiszonych gąskach. Przepis znajdziecie  u Agi w sezonie... Wystarczy jej świeże gąski zastąpić moimi kiszonymi, ograniczyć ilość soli i barszcz gotowy. Dodam tylko, że bliższa memu sercu jest wersja z kopczykiem ziemniaków puree na środku talerza.







Jeśli chcemy je przechować na dłużej, wystarczy przełożyć do słoiczków i pasteryzować 15-20 min. Odstawić do chłodu co znacznie spowolni dalszy proces kiśnięcia.
Tak utrwalone można przechowywac do trzech miesięcy.


Smacznego!


I pamiętajcie,
 dzieciom do lat 15-tu nie powinno sie podawać żadnych grzybów!



Zbity pies i carpaccio z borowików

Obudził mnie dziwny, nieznajomy hałas. Zanim umysł zdołał go zdefiniować, ciało zesztywniało i oblało się potem. Już postawiło diagnozę. MYSZ!
Nie byłam w stanie się poruszyć, leżałam nie otwierając oczu. 
- To nie jest tak jak myślisz - zaklinałam rzeczywistość. 
Prosta kobieca logika, jak powiedziałby Gruby, na moment dodała mi odwagi.  
Hałas też ustał. 
- Poszła sobie! Złapałam powietrze.
- A jak nie? Kolejny atak paniki.
Drżenie w kolanach, pot spływający do uszu, zjeżone włosy. Gdyby nie depilacja....
- O matko! Jęknęłam. Co będzie jak wróci? 
Zacznę wrzeszczeć, potem się spakuję i wyprowadzę!
- Kici, kici! Gdzie ta cholerna Kocia? Rozpaczliwie szukam wsparcia. 
Całkowicie porzuciła myszy na rzecz złotych rybek z oczka sąsiada?
- No, zrób coś! Tym razem szturchnęłam nogą psi kudłaty zawój pochrapujący obok w łóżku. Picia podniosła główkę i spojrzała na mnie z obrzydzeniem.  
- Mr. Floyd! Mr. Floyd! Wysyczałam w kierunku schodów wykorzystując ostatnią deskę ratunku. W odpowiedzi usłyszałam nerwowe ziewnięcie. Pomoc nie nadeszła.

- Boże! Dlaczego ja w najtrudniejszych chwilach swojego życia muszę być samaaa !!!

Wyłażenie spod kołdry zajęło mi całą wieczność. W końcu usiadłam. Trochę na wyrost, bo biegam w japonkach, zlustrowałam kapcie, czy aby nie tam skrył się mój prześladowca. Sprawdziłam czy mam sieć w telefonie i czy 112 jest w tym samym miejscu co zwykle. Na koniec złapałam bryłę solną i unosząc ją do góry zdefiniowałam jej przeznaczenie. Ona albo ja!
Widać nie do końca chciałam konfrontacji z napastnikiem, bo szurając i tupiąc nogami szłam w kierunku okna, skąd jak mi się wydawało dochodziły zagrażające utracie przeze mnie zmysłów dźwięki. Nie wiem czemu podniosłam oczy do nieba zanim chwyciłam  łańcuszek rolety. 

W przeciwieństwie do mojego poranka, scena którą ujrzałam za oknem była iście sielankowa. Na dolnym dachu domu,  para dobrze mi znanych miejscowych wiewiórek bawiła się w najlepsze, przetrząsając zawartość rynny w poszukiwaniu jesiennych smakołyków. W jednej sekundzie dotychczasowa potrzeba panicznej ucieczki ustąpiła miejsce agresji. Szarpnęłam klamkę okna z zamiarem rozładowania emocji na początek werbalnie, z użyciem steku wyzwisk i słów nieobyczajnych. Na mój widok rude szelmy zastygły na moment w bezruchu,  i zanim zdążyłam otworzyć usta, błyskawicznie zniknęły w gałęziach rosnącej przy domu brzozy. Może to i lepiej... zwłaszcza że kilogram solnej skamieliny nadal tkwił w mojej ręce. Pomyśleć, że jeszcze wczoraj były Bśką i Miśkiem a ja karmiłam je orzeszkami! Rude małpy!
Mimo wszystko odetchnęłam z ulgą. Odłożyłam bezużyteczne narzędzie, założyłam klapki, z których już zdążyłam wyskoczyć i zeszłam na dół. 

U stóp schodów czekał na mnie Mr. Floyd. Z pochyloną głową i niemym, obcym ogonem. Zwykle wesołe, wpatrzone we mnie oczy teraz wbite były we własne, nerwowo przebierające łapy. Wyglądał jak przysłowiowy zbity pies. I tak z pewnością się czuł. Sponiewierany przegraną walką między wpojonym przez nas zakazem wchodzenia na schody, a instynktem labradora zawsze gotowemu nieść pomoc swojemu człowiekowi.
Zrobiło mi się smutno. Było jasne, kto kogo zawiódł, a kto jest bardziej "potłuczony" 

- No już. Dobry pies, mądry pies! Przepraszam. Łapa?

W odpowiedzi zaszył się pod schodami.
Dopiero magiczne dźwięki spacerowych akcesoriów zdołały wyciągnąć go z domu.
Sprzątnęliśmy nadjedzoną złotą rybkę z trawnika, pokazaliśmy trzeci palec bezczelnym rudzielcom nadal beztrosko buszującym po naszym dachu i poszliśmy na długi spacer "wylizywać rany" Wiatr w ogonie, setki przyniesionych patyków i spora porcja moli z anchois zrobiły swoje. Wróciliśmy pojednani, szczęśliwi. i znacznie bogatsi. Głównie o lekcje pokory. Rzepy w psich uszach i prawdziwki w kapturze to tylko miły dodatek.


Na kolację będzie carpaccio z borowików. 








Młode, zdrowe i bez lokatorów grzybki oczyszczam na sucho z piasku i liści.
Przycinam ogonki i kroję na cieniutkie plasterki.
Układam na liściach sałaty. Najlepiej smakują z rukolą, ale może być także roszponka, młody szpinak lub botwinka. Posypuję ziarnami marynowanego zielonego pieprzu i kuleczkami kaparów. Skrapiam oliwą aromatyzowaną prawdziwkami  i odrobiną sosu Maggi. Świeże zioła dopełniają całości. Tymianek i pietruszka.
Dla mnie bagietka z masłem, dla Grubego czosnkowa grzanka.
Plasterki znikają jeden za drugim.

Mr. Floyd śpi przebierając łapami we śnie. Może wbiega na te cholerne schody?


Magiczny Staruszek i Chleb Piekarza

Poniedziałek

Odebrałam pocztę od Amber:

Drogie Piekarki!
Ogłaszam czas wspólnego chleba na lipiec.Tym razem jest to propozycja Renaty Sharman, chleba na zakwasie żytnim na bazie Miller's Loaf mistrza Hamelmana.Warunkiem jest silny aktywny zakwas żytni. Reszta to magia!

Silny aktywny zakwas? Magia?
Od razu pomyślałam o nim.

Byliśmy związkiem doskonałym Mimo swoich stu lat, nigdy mnie nie zawiódł.
Nie bywał skwaszony, stawał kiedy chciałam i wiedział, że to nie piekarnia.
A i dzieci były udane. I ciemne, i jasne, i te pachnące miodem, i te maślanką.

Zniknął z mego życia w tragicznych okolicznościach, o których wolałabym zapomnieć.
Pozostał po nim jedynie zaskorupiały słoik z łzami spękanej jak pustynia Gobi substancji. Żal i poczucie winy lekkomyślnej piekarki.
Pieczołowicie zeskrobany z pieca, w nowiutkim słoiczku opatrzonym napisem STARUSZEK ZAKWAS tkwi teraz w najciemniejszym miejscu Komory  jako potencjalny materiał genetyczny dla nowej populacji dzikich drożdży.
Tymczasem ja, w ramach masochistycznej kary, eksploatuję niekochany i trudny we współżyciu zakwas pszenny. Paranoja.

Wtorek

Z zamiarem wskrzeszenie uśpionych sił witalnych zachowanych w cennych szczątkach, wyciągam słoiczek. Twarde jak kamień i ostre jak skorupka jajka grudki trzeba rozetrzeć. Myśl o użyciu metody z udziałem noży malaksera, czy tłuczenie w moździerzu przyprawiła mnie o dreszcz.. Delikatnie przetarłam je przez nylonowe sito
W końcu wiele nas kiedyś łączyło.

Pełen dobrego dziedzictwa, magiczny proszek mieszam z żytnią mąką i dolewam ciepłej wody.

- Potrzebuje Cię.  Bez Ciebie nie upiekę tego chleba.
- I nie waż mi się spać! Jeszcze miłe słowa na dobranoc.

Środa

Patrzę na niego. Wącham, smakuję.
W odpowiedzi zabulgotał i puścił do mnie bąbla.
- Może dzisiaj łyżka razowej?
Tym razem bańka. Ogromna.

Czwartek

Stoi przede mną w kałuży, po niekontrolowanej nocnej erupcji, napompowany siłą życiodajnej energii.
- Jesteś gotowy!? Raczej stwierdzenie niż pytanie.
- Zróbmy to!

Nastawiłam zaczyn.

Piątek

Uchylam ściereczkę.
Gładki, napięty, wypełnia połowę miseczki. Kochany Staruszek

Teraz ciepła woda, puszysta mąka, lekkie ugniatanie. Żadnych protez, tylko moje dłonie. Potem długi odpoczynek. Kilka godzin i.... znów ugniatanie (słowo odgazowywanie nie jest tu na miejscu, wybacz Renatko!), potem znów, i ... raz jeszcze! Znowu odpoczynek i powrót do formy. Czekam aż podwoi swoją objętość.
-Yes, yes, yes!

Dwa kubki wody. Dla mnie zimny, do pieca gorący.
Za czterdzieści minut chwila prawdy.







Jest magia. Jest chleb. Sprężysty, pachnący, wilgotny. Przepyszny


Ciasto na chleb (pomijając wstepną fazę zakwasową) przygotowałam ściśle wg otrzymanego przepisu, a piekłam w rozgrzanym garnku żeliwnym ok 40 minut, połowę czasu pod przykryciem, drugą bez.

Z pewnością nie uda się upiec chleba wg moich wskazówek, więc dołączam oryginał autorstwa pomysłodawczyni dzisiejszego projektu Renaty Sharman.

Pozdrawiam cieplutko wszystkie uczestniczki dzisiejszego spotkania.

Ania http://bajkorada.blogspot.com/
Ania http://jswm.blogspot.com/
Basia http://mozaikazycia.blogspot.com/
Bożena http://www.smakowekubki.com/
Chantel http://przykubkukawy.blox.pl/html
Ewelina http://table-table.blogspot.com/
Jola http://smakmojegodomu.blox.pl/html
Magda http://konwaliewkuchni.blogspot.com/
Majka http://kalejdoskopkulinarny.blogspot.com/
Małgosia http://kochamgary.blogspot.com/
Marzena http://zaciszekuchenne.blogspot.com/
Olimpia http://pomyslowepieczenie.blogspot.com/
Renata http://piegusek1976.blogspot.com/
Renata Sharman http://forksncanvas.blogspot.com/
Sara http://www.pieczarkamysia.pl/
Wisła http://zapachchleba.blogspot.com/
Amber http://www.kuchennymidrzwiami.pl/



                                                                    Chleb Piekarza

Miller’s Loaf (1 bochenek) ja zazywczaj podwajam ilosc i robie 2, ale mnoze skladniki przez 2,5 bo wychodzi maly na moja rodzine

Zaczyn (wieczór wcześniej):

• 65 g mąki pszennej chlebowej (chyba typ 850)

• 45 g wody

• 1 łyżka aktywnego zakwasu zytniego *



Wszystkie składniki zmiksować. Przykryć folią i pozostawić w temperaturze pokojowej przez 12 godzin (całą noc).


Ciasto właściwe: 
• 365 g mąki pszennej chlebowej

• 20 g mąki żytniej (użyłam mąki żytniej pełnoziarnistej)*

• 250 g wody

• pół łyżki soli

• cały 12-h zaczyn 

Wszystkie skladniki oprocz soli wymieszac na wolnych obrotach przez 1 minute, przykryc folia lub sciereczkana 30-60 minut. Dodac sol i miksowac na wolnych obrotach przez kilka minut. Ciasto bedzie dosc klejace. Ciasto wyjac na omaczony blat i jesli jest zbyt lejace, wgniesc troche maki,choc nadal musi byc bardzo wilgotnei klejace. Przelozyc do naolejonej miski , przykryc folia i odstawic do wyrosniecia w cieplym miejscu na 2,5 godziny. W czasie wyrastania nalezy ciasto nalezy odgazowac co 45 minut na omaczonym blacie poprzez skladanie go na trzy, obrocic o 90° i zlozenie na pol. 
Po wyrosnieciu (powinno podwoic objetosc) uformowac waski bochenek, umiescic w bardzo dobrze omaczonym koszyku do wyrastania lub uksztaltowac waski podluzny albo okragly bochenek bez koszyka, bo ciasto utrzymuje ksztalt. Bez koszyka najlepiej uformowac bardzo waski bochenek, gdyz ciasto wyrosnie wszerz bardziej niz na wysokosc. Wierzch obsypac obficie maka. Jesli formujemy w koszyku lub w innym naczyniu, szew ciasta powinien byc u gory, jesli bez naczynia lub koszyka, to szew powinien byc na spodzie i powinien byc dobrze sklejony. Nalezy chleb ulozyc na pergaminie, co ulatwi przenoszenie go na kamien do pieczenia bez zrujnowania ksztaltu chleba. Odstawic do wyrosniecia na tak dlugo az niemalze podwoi objetosc, ale nie musi. U mnie trwa to zazwyczaj okolo 2 godzin, choc czasami tylko 1 lub 1,5 h. W miedzyczasie dobrze nagrzac piekarnik do 220 °C (z termoobiegiem odpowiednio nizej, jesli piekarnik sam nie obniza odpowiednio temperatury.) Na dnie piekarnika ustawic przed wlaczeniem zaroodporne naczynie na wode lub plytka foremke do ciast. Gdy piekarnik jest odpowiednio goracy, natychmiast naciac chleb bardzo gleboko, minimum 3cm w najwyzszym punkcie bardzo ostrym nozem, skalpelem lub zyletka. Ja czesto popelnialam ten blad, ze nacinalam tylko 2cm i chleb zasklepial skorke i nie mogl odpowiednio i ladnie urosnac w piekarniku. Z tego powodu tez czesto brzydko pekal, gdyz chleb ma ogromna tendencje do niemalze podwajania objetosci w trakcie pieczenia.wstawic chleb na kamien i natuychmiast wlac szklanke wrzatku do naczynia. Piec okolo 35-45 minut, mozna tez obizyc temperature po 20 minutach, jesli chleb sie zbytnio zrumienil. Chleb powinien wydawac gluchy dzwiek jesli zapukamy palcem w spod. Studzic na kratce. 
* Zytni zakwas wyjmuje popoludniu przed pieczeniem, powiedzmy o godzinie 15:00. Zazwyczaj mam go tylko 50 g, po osiagnieciu temperatury pokojowej, karmie ta sama waga, ale nie 50% i 50% tylko 60% wody i 40% maki zytniej, czyli 30g letniej wody i 20g maki zytniej, zakwas wazy teraz 100g 
* po 8 godzinach czyli 20:00 lub 21:00 karmie go znowu podwajajac jego wage, czyli dodaje 60g wody i 40g maki i mamy 200g zakwasu, a potrzeba nam tylko pare lyzek.

* Po nocy zakwas jest gotowy, jesli opadl, rzucam mala garsc maki i troche wody tak na oko daje mu kilka godzin

**pszenny zaczyn/zakwas moze byc zrobiony na kilka dni przed, ale moze byc tez mlody zaczyn, wtedy dodajemy 1 L zytniego zakwasu dodatkowo do chleba 
Dla tych, ktorzy nie maja pszennego, wieczorem przed pojsciem spac nastawic 75g maki pszennej typu 850 i 75g letniej wody, przykryc i odstawic w cieple miejsce

*ten skladnik czesto pomijam, dodajac nastepna lyzke zytniego zakwasu 

Renata Sharman


Tempura


Rzadko ją robię, choć bardzo lubię.







 Smażę wszystko to, na co przyjdzie mi ochota.








Dziś pretekstem był czarny bez.








Przy okazji ziołowe smakołyki z ogródka 
i pierwsze grzyby z lasu.






Liście szałwii i mięty, kwiaty szczypiorku, młoda szalotka i czerwcowe krawce.
Dobór składników nie ma znaczenia. Zasady dotyczą tylko ciasta.

Powinno być bardzo zimne i luźne, przygotowane bezpośrednio przed smażeniem.
Najlepiej zrobić to w naczyniu stojącym na wodzie z lodem lub w sorbetierze. 
Na "niewielką" tempurę powinna wystarczyć zmrożona uprzednio w zamrażarce woda z miską,  w której przygotujemy ciasto.

Potrzebne nam będzie mąka pszenna i kukurydziana w proporcjach 1:1 i woda gazowana.
Szybko i niedbale wyrabiamy lekko grudkowate ciasto o konsystencji śmietanki kremówki. Smażymy w głębokim tłuszczu, rozgrzanym do temp. 180'C  Kolejno zanurzamy przygotowane, suche kąski w cieście pozwalając nadmiarowi spłynąć, wkładamy po dwa, trzy kawałki, krótko smażymy, nie dopuszczając do zrumienienia się ciasta.
 Zjadamy natychmiast.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...