Zjawiła się wiosną. Czarna, dumna, niezależna. Z kocią rezerwą i nieufnością lecz bez cienia strachu. Z pewnością po przejściach i trudną przeszłością. Jej opuszczony brzuszek wskazywał na to, że była wysterylizowana, a jej sprawność w pokonywaniu przeszkód i zdobywaniu pożywienia świadczyła o tym, że długo musiała liczyć tylko na siebie. Z dachu powozowni obserwowała postępy w budowie naszego domu. Jakby czekała na swój własny dom z chatierą. Nie pomogły głośne protesty psów ani brak zachęty z naszej strony. Miała swój plan. Krążąc wokół nas, z żelazną konsekwencją go realizowała.
Nigdy nie miałam kota i szczerze mówiąc do końca nie wiedziałam czy chce go mieć. Ale z czasem uwiódł mnie jej urok, takt i niebywała cierpliwość z jaką zdobywała nasze serca. Na początek poszły psy. Nie wiadomo kiedy i jak załatwiła z nimi sprawę bez naszego udziału. Zamiast gonić kota wyczekiwały na nią i z radością obwieszczały jaj przybycie.
Nadeszła jesień. Co wieczór pojawia się na tarasie. Noc przesypia na leżaku.
Żadnej histerii. Wiszenia się na drzwiach, rozdzierania "futra", drapania czy miauczenia. Nic.
Tylko ciche, żółto-zielone oczy za oknem.
Przestałam patrzeć na termometr żeby nie mieć poczucia winy. Ciepły kocyk parzył mnie w stopy.
W końcu otworzyłam drzwi. - No chodź. Tylko bądź grzeczna!
Nie wahała się nawet sekundy. Wskoczyła na biurko i ułożyła się przy komputerze. Umyła pyszczek, łapki... i zasnęła. Patrzyłam na nią osłupiała i nie mogłam uwierzyć. Przecież była tu pierwszy raz. Nawet nie obejrzała domu!
A ja bałam się jej dotknąć!
Nie zmrużyłam oka spodziewając się odroczonej w czasie, dzikiej kociej jazdy, włosów na kuchennym stole, kupy w łazience i sama nie wiem czego jeszcze.
Następnego dnia kupiłam pare książek. Koty dla "matołków", koty w malarstwie, literaturze i etc. Przecież nic nie wiem o kotach! Za to ona o ludziach zdawała się wiedzieć wszystko. Czy dlatego wybrała właśnie nas? Lubię tak myśleć.
Chatiery nie mamy ale mamy umowę. Musi wrócic kiedy ją wołamy, jeśli nie, to śpi na dworze. Nasz związek jest spontaniczny i dobrowolny. Prawie idealny.
Prawie, bo niestety nie mogę się pogodzić z jej prawdziwą kocią naturą bezwzględnego mordercy, z niepohamowanym instynktem łowcy. Poluje dla przyjemności. Z zimnym wyrachowaniem czeka na swoją ofiarę. Wie kiedy z gniazda wylecą młode ptaki, z nory wyjdą króliki. O myszach nie wspomnę. Te ostatnie w dodatku pałaszuje z ogromną przyjemnością. Na sumieniu ma sójki i sierpówki, ptaki niewiele mniejsze od niej samej. Kiedyś przyniosła wiewiórkę. Serce mi pękło. To trudna miłość.
Dlatego czasem zaklinam rzeczywistość serwując jej coś specjalnego w nadziei na zmianę upodobań kulinarnych naszej Kociej Pici.
Tak jak dziś. Mysz wieprzową z rozmarynem i czarnym sezamem.
Nigdy nie miałam kota i szczerze mówiąc do końca nie wiedziałam czy chce go mieć. Ale z czasem uwiódł mnie jej urok, takt i niebywała cierpliwość z jaką zdobywała nasze serca. Na początek poszły psy. Nie wiadomo kiedy i jak załatwiła z nimi sprawę bez naszego udziału. Zamiast gonić kota wyczekiwały na nią i z radością obwieszczały jaj przybycie.
Nadeszła jesień. Co wieczór pojawia się na tarasie. Noc przesypia na leżaku.
Żadnej histerii. Wiszenia się na drzwiach, rozdzierania "futra", drapania czy miauczenia. Nic.
Tylko ciche, żółto-zielone oczy za oknem.
Przestałam patrzeć na termometr żeby nie mieć poczucia winy. Ciepły kocyk parzył mnie w stopy.
W końcu otworzyłam drzwi. - No chodź. Tylko bądź grzeczna!
Nie wahała się nawet sekundy. Wskoczyła na biurko i ułożyła się przy komputerze. Umyła pyszczek, łapki... i zasnęła. Patrzyłam na nią osłupiała i nie mogłam uwierzyć. Przecież była tu pierwszy raz. Nawet nie obejrzała domu!
A ja bałam się jej dotknąć!
Nie zmrużyłam oka spodziewając się odroczonej w czasie, dzikiej kociej jazdy, włosów na kuchennym stole, kupy w łazience i sama nie wiem czego jeszcze.
Następnego dnia kupiłam pare książek. Koty dla "matołków", koty w malarstwie, literaturze i etc. Przecież nic nie wiem o kotach! Za to ona o ludziach zdawała się wiedzieć wszystko. Czy dlatego wybrała właśnie nas? Lubię tak myśleć.
Chatiery nie mamy ale mamy umowę. Musi wrócic kiedy ją wołamy, jeśli nie, to śpi na dworze. Nasz związek jest spontaniczny i dobrowolny. Prawie idealny.
Prawie, bo niestety nie mogę się pogodzić z jej prawdziwą kocią naturą bezwzględnego mordercy, z niepohamowanym instynktem łowcy. Poluje dla przyjemności. Z zimnym wyrachowaniem czeka na swoją ofiarę. Wie kiedy z gniazda wylecą młode ptaki, z nory wyjdą króliki. O myszach nie wspomnę. Te ostatnie w dodatku pałaszuje z ogromną przyjemnością. Na sumieniu ma sójki i sierpówki, ptaki niewiele mniejsze od niej samej. Kiedyś przyniosła wiewiórkę. Serce mi pękło. To trudna miłość.
Dlatego czasem zaklinam rzeczywistość serwując jej coś specjalnego w nadziei na zmianę upodobań kulinarnych naszej Kociej Pici.
Tak jak dziś. Mysz wieprzową z rozmarynem i czarnym sezamem.



