Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

Trudna miłość i ... mysz wieprzowa z rozmarynem i czarnym sezamem

Zjawiła się wiosną. Czarna, dumna, niezależna. Z kocią rezerwą i nieufnością lecz bez cienia strachu. Z pewnością po przejściach i trudną przeszłością. Jej opuszczony brzuszek wskazywał na to, że była wysterylizowana, a jej sprawność w pokonywaniu przeszkód i zdobywaniu pożywienia świadczyła o tym, że długo musiała liczyć tylko na siebie. Z dachu powozowni obserwowała postępy w budowie naszego domu. Jakby czekała na swój własny dom z chatierą. Nie pomogły głośne protesty psów ani brak zachęty z naszej strony. Miała swój plan. Krążąc wokół nas, z żelazną konsekwencją go realizowała.






Nigdy nie miałam kota i szczerze mówiąc do końca nie wiedziałam czy chce go mieć. Ale z czasem uwiódł mnie jej urok, takt i niebywała cierpliwość z jaką zdobywała nasze serca. Na początek poszły psy. Nie wiadomo kiedy i jak załatwiła z nimi sprawę bez naszego udziału. Zamiast gonić kota wyczekiwały na nią i z radością obwieszczały jaj przybycie.

Nadeszła jesień. Co wieczór pojawia się na tarasie. Noc przesypia na leżaku.
Żadnej histerii. Wiszenia się na drzwiach, rozdzierania "futra", drapania czy miauczenia. Nic.
Tylko ciche, żółto-zielone oczy za oknem.
Przestałam patrzeć na termometr żeby nie mieć poczucia winy. Ciepły kocyk parzył mnie w stopy.
W końcu otworzyłam drzwi. - No chodź. Tylko bądź grzeczna!
Nie wahała się nawet sekundy. Wskoczyła na biurko i ułożyła się przy komputerze. Umyła pyszczek, łapki... i zasnęła. Patrzyłam na nią osłupiała i nie mogłam uwierzyć. Przecież była tu pierwszy raz. Nawet nie obejrzała domu!
A ja bałam się jej dotknąć!






Nie zmrużyłam oka spodziewając się odroczonej w czasie, dzikiej kociej jazdy, włosów na kuchennym stole, kupy w łazience i sama nie wiem czego jeszcze.
Następnego dnia kupiłam pare książek. Koty dla "matołków", koty w malarstwie, literaturze i etc. Przecież nic nie wiem o kotach!  Za to ona o ludziach zdawała się wiedzieć wszystko. Czy dlatego wybrała właśnie nas? Lubię tak myśleć.

Chatiery nie mamy ale mamy umowę. Musi wrócic kiedy ją wołamy, jeśli nie, to śpi na dworze. Nasz związek jest spontaniczny i dobrowolny. Prawie idealny.
Prawie, bo niestety nie mogę się pogodzić z jej prawdziwą kocią naturą bezwzględnego mordercy, z niepohamowanym instynktem łowcy. Poluje dla przyjemności. Z zimnym wyrachowaniem czeka na swoją ofiarę. Wie kiedy z gniazda wylecą młode ptaki, z nory wyjdą króliki. O myszach nie wspomnę. Te ostatnie w dodatku pałaszuje z ogromną przyjemnością. Na sumieniu ma sójki i sierpówki, ptaki niewiele mniejsze od niej samej. Kiedyś przyniosła wiewiórkę. Serce mi pękło. To trudna miłość.

Dlatego czasem zaklinam rzeczywistość serwując jej coś specjalnego w nadziei na zmianę upodobań kulinarnych naszej Kociej Pici.
Tak jak dziś. Mysz wieprzową z rozmarynem i czarnym sezamem.






Kim Pan jest? Mr. Floyd

Święta, święta i po świętach.
Lodówka wymieciona. Wątroba przestała wspominać o śledziach, kapuście i grzybkach. Świeczki zamiast płonąć, straszą czarnymi knotami i woskowymi łzami. Pogoda paskudna. Wieje, pada śnieg. Nie zanosi się jednak na to, że zrobi się biało. Anemiczne płatki znikają zaraz po zetknięciu się z ziemią.
A ja w czarnej dziurze. I nie wiem czy chcę się z niej wydostać, czy posiedzieć jeszcze trochę. Gapiące się na mnie wielkie, brązowe oczy zdają się mówić.
- Choć ze mną. Będzie fajnie!
Udaję, że im wierzę i na dowód tego wciskam na głowę najbardziej entuzjastyczne nakrycie głowy jakie posiadam czyli czapkę Św. Mikołaja.
Wracamy po godzinie. Niestety nadal w kompletnie odmiennych nastrojach.
Mr Floyd  ubłocony  i najszczęśliwszy na świecie.  Ja ze zmarzniętymi uszami i czapką Mikołaja w kieszeni. Z nowym siniakiem na duszy na skutek szczerej i spontanicznej oceny mojego wyglądu w wydaniu jak się okazało, niezbyt biegłej w sztuce konwersacji dyplomatycznej, skądinąd miłej, młodej osoby z sąsiedztwa. Na mój widok, ściszając głos i nachylając się wyszeptała.  - Też miałam nadzieję, zakładając mamy czapkę na głowę,  że nikogo dzisiaj nie spotkam. Taka brzydka pogoda.....
- O matko! Jęknęłam w duszy, zdzierając czapkę z głowy za najbliższym zakrętem. Najwyższy czas uświadomić sobie fakt nieuniknionego wkraczania w fazę życia zwaną "dorosłością" Przestać robić małpę i tygrysa. Oddać dzieciom ich ciuchy i zabawki a zacząć pożyczać moherowy beret i chustę od mamy.
Krótko mówiąc ... Czas umierać!
Żeby zajeść smutki z powodu  tak brutalnie przed chwilą objawionej prawdy, zajrzałam do lodówki. Znalazłam złamaną nogę wczorajszej pieczonej kaczki-porażki. Nie wyglądała dobrze. Tłusta, niedopieczona. skórka zwisała smętnie. Wbiłam w nią zęby.  Zrezygnowałam nawet nie oderwawszy kawałka mięsa od kości.
- Feee... jak powiedziałby Zyzio.
Ale kto tu jest (o przepraszam, był!) domową Nigellą.
Mimo myślenia o sobie w tej kategorii w czasie przeszłym z wielkim wysiłkiem usiłowałam wcielić się w jej rolę nakazujac wyobrażni wierzyć, że trzymam w ręce udo cudownie upieczonego świątecznego indyka. Zaczęłam przetrząsać  lodówkę w poszukiwaniu składników na z takim trudem rodzącą się potrawę ratującą moje życie.
Stary granat, podwiędnięta sałata o nic nie mówiącej mi obcojęzycznej nazwie kupiona przez Grubego w celach poszerzania horyzontów kulinarnych, kilka moreli napompowanych jak kleszcze sosem z wczorajszej kaczki, gęsi smalec. Ohyda! Poleciałam do komory. Słoik na słoiku. Pełne kosze różności. Zapasy jak na wojnę.
I nic do jedzenia?

Moja dusza wyła.
I wyłaby jeszcze jakiś czas albo dłużej, gdyby Mr Floyd nie zaczął od nowa.
Wielkie, brązowe oczy i ten sam tekst - Choć ze mną...
W przeciwieństwie do mnie humor i apetyt mu dopisywał a nadmiar poświątecznych smakołyków zalegających jego trzewia mógł nie chcieć czekać do jutra. Jednak perspektywa ponownej walki z błotem, wyciskała mi łzy z oczu. Nie jesteś najważniejsza, po raz kolejny usłyszałam z tyłu głowy. Wytarłam więc nos w rękaw swetra i powłócząc nogami, już bez idiotycznej czapeczki na głowie wyszłam na dwór.
Nadal padał ten wstrętny śnieg i do tego zrobiło się ciemno. Wpadłam na sąsiada.

- O. Dobry wieczór. Nie poznałem Pani. A gdzie czapeczka?
Zesztywniałam. Proszę! Tylko nie to!
- Nie schowała jej Pani chyba jeszcze?
Chciałam go walnąć, ale nie mogłam się ruszyć.
Nie wyglądał jednak jakby sobie ze mnie kpił.
- Jak Panią w niej widzę, to wiem, że są święta! No! Niech Pani założy czapeczkę. od razu się humor poprawi. Dobranoc.


- Kim Pan jest Mr. Floyd? Zapytałam za zakrętem.





Domowa kiszona kapusta


Zawsze jesienią kiszę własna kapustę. Niewiele. Tak żeby starczyło nam do Wigilii. 
Bo nie ma to jak wigilijna kapusta z grochem czy  pierogi z kapustą i grzybami
ugotowane z własnej kiszonki.
Kupuję 5 kg białej kapusty i 1 kg. marchwi u miejscowego wytwórcy. Wyciągam i szoruję kamienny garnek, pełen wspomnień i dobrych bakterii zamieszkujących jego ścianki od trzech pokoleń. Zabieram się do pracy. Szatkuję kapustę cieniutko na tzw. mandolinie, marchewkę ścieram na tarce. Umieszczam wszystko w dużej misce, solę, dodaje kminek. Mieszam lekko gniotąc kapustę  i pozostawiam na godzinę żeby puściła sok.

Następnie układam w cudownym garnku, ubijając starannie każdą warstwę. Przyciskam szklanym talerzykiem i obciążam  kamieniem - znacznie młodszym ale równie niezbędnym w zestawie do kiszenia. Kiszunia - bo tak go pieszczotliwie nazywam, otrzymał swoje imię po pewnym  znajomym kwaśnego usposobienia i kiszkowatej urody. Został odkryty w trakcie wykopalisk pod fundament naszego  domu. Wyszorowany i wygotowany, do dziś bierze czynny udział w corocznym obrządku kiszenia kapusty.

Tak przygotowaną kiszonkę przechowuje przez 3 - 4 tygodnie w temperaturze pokojowej.
Co drugi dzień podnoszę talerzyk z Kiszunią i nakłuwam kapustę drutem do robótek ręcznych nr 5 (ma odpowiednią długość) aby usunąć gazy powstające podczas fermentacji. Po tym czasie ukiszoną kapustę przenoszę do chłodnej komory 
(czyt. spiżarni) Cześć zamykam w słoikach żeby spowolnić trochę proces fermentacji. Resztę z garnka pobieram na bieżąco.

Noworoczny bigos zazwyczaj wykańcza całą zapas. W lutym kupuję kolejne 5 kg. 
i zaczynam od nowa. Aby do wiosny.

Porządkując składniki: 
Na 5 kg kapusty i 1 kg marchwi dodaję 120 g. soli kamiennej niejodowanej i 10 g kminku.








Bywa, że kiszę też kapustę w wersji "sałatkowej". Poszatkowaną i przełożoną marchewką, z kminkiem, czosnkiem, zielonym ogórkiem, układam od razu w słoikach. Nie zakręcam pokrywek i trzymam w cieple tylko tydzień. Oczywiście nakłuwam wspomnianym wcześniej drutem. Na koniec ubijam mocno drewnianą pałką, dopiero teraz zakręcam słoiki i odstawiam do komory.
Tak przygotowana kapusta kiśnie wolniej, jest delikatniejsza w smaku i znakomita do spożycia na surowo.






Wigilijna kapusta z grochem


To kolejna obok zupy wigilijnej z borowikówkarpia smażonego i karpia faszerowanego potrawa, której nie może zabraknąć na naszym wigilijnym stole.
Postna kapusta wigilijna Babci Józefiny. 
Tradycyjna, od pokoleń gotowana tak samo. 
Prosta, najlepsza bez zbędnych "pierdafiksów" jak zwykła mawiać kochana babcia.
Przygotowana z dobrze ukwaszonej kapusty domowej roboty i łuskanego grochu, najlepiej pomieszanego świeżego z ubiegłorocznym. Nierówno rozgotowany groch urozmaica strukturę kapusty i dodaje jej chrupkości.  Kiedyś babcia musiała mieszać go specjalnie  Dziś wystarczy pójść do sklepu. Sprzedawcy już zadbali o to żeby się pozbyć starych zapasów. Trudno go będzie nie kupić.
Namoczony przez noc groch i kapustę gotuję  dwa, trzy dni wcześniej. Na razie osobno. Łącze je dopiero wtedy, kiedy kapusta jest miękka a groch rozgotowany. 
Solę i odstawiam do lodówki. W tym czasie kapusta ma okazję przegryźć się z grochem, a ja wywietrzyć dom. Przed samą kolacją odgrzewam ją na sporej łyżce masła.









Raz tyko podkusiło mnie, żeby pomajstrować na babcinej kapuście i jednak jakichś "pierdafiksów" dodać. Choćby odrobinkę. 
Podsmażyłam cebulkę na maśle, popieprzyłam i dodałam kminku. 
Na szczęście dla trwałości tradycji rodzinnej, nikomu nie smakowała łącznie ze mną. 
Babci chyba też się nie spodobało, bo śniło mi się potem, jak uciekam przed nią na golasa z krzykiem, a ona zbliża się do mnie z wielką cynową balią w jednej i szczotką ryżową w drugiej ręce, czyli "zestawem środków przymusu bezpośredniego" stosowanych niegdyś wobec podchmielonego dziadka, próbującego bez wstępnych ceregieli, czyli mycia i zdejmowania skarpet zająć należne mu miejsce u jej boku. Babcia była mądrą kobietą. Zamiast telefonu komórkowego posiadała kobiecą intuicję, więc kiedy było trzeba, zestaw na dziadzia już czekał. Dzieciaki na zabawę też. Szorowany, goły dziadzio wrzeszczał: 
- Oj Józefino, Oj!  Cie czort! Cie czort!Józefino! Oj! Oj!    
A my wykonywaliśmy rytualny taniec indiański nadając ceremonii oczyszczania szczególnej "powagi".  Gest uniesionej dłoni i palec na ustach babci zwiastował koniec uroczystości. Pozostało umyć  czarne stopy w wodzie po dziadziu  i do łóżek.
Wtedy już "prawie" szczęśliwa babcia układała dziadzia do snu, i "czekała aż zaśnie".
A my nie mogliśmy doczekać się nastepnego razu.
Och! To były czasy!




Gęś świąteczna Agnieszki Kręglickiej


Pieczenie gęsi na Św. Marcina powoli staje się tradycją kulinarną naszego domu.
Zaczynałam nieśmiało. Najpierw były udka konfiturowane w gęsim smalcu z marmoladą z jabłek i cebuli. Same się robiły, pięknie pachniały i rozpływały w ustach. Potem były udka pieczone z ziemniaczkami i modrą kapustą. Też łatwizna. W końcu cała gęś. Pieczona, faszerowana kaszą gryczaną z wątróbką i jabłkami. Ogromna (6 kg.) I ogromna wpadka kulinarna. W połowie pieczenia wytapiający się tłuszcz wylał się z płaskiej blachy i piekarnik zaczął dymić jak wulkan na Islandii.
Padał deszcz ze śniegiem. Było koło zera. Po prawie dwóch godzinach oczekiwania, przy otwartych drzwiach, oknach i butelkach, podałam złośliwego ptaka w akompaniamencie trudnych do interpretacji wrzasków.. Konsumpcja odbyła się na tarasie. Goście w kurtkach, z czerwonymi nosami i zapaleniem spojówek, ośmieleni  nadzwyczaj dużą ilością środków "na przetrwanie", jedli palcami i co chwilę wznosili toast:  Zdrowie gęsi!!! Cokolwiek to miało znaczyć. Na koniec zgodnym chórem przyznając, że gęś mimo całej zawałki była przepyszna.
Na szczęście nie "siedzieli" długo. Deser dostali na wynos..
Czyszcząc zdemolowany piekarnik, obiecałam sobie  udusić w zarodku novo modę na jedzenie gęsi i powrócić do starej, poczciwej kaczki. W swoim postanowieniu trwałam jeszcze jakiś czas razem z zapachem spalenizny w domu. Ale potem przyszła kolejna złota polska jesień gnając stada gęsi.
- Nie dam się głupiej gęsi! Pomyślałam. Poleciałam do sklepu i kupiłam głęboką brytfannę z kratką do ociekania, zamówiłam świeżą gąskę i obwieściłam nowinę.
 -  Gęś? O matko! A maski przeciwgazowe kupiłaś?
-  A może mielone z gęsi zrobisz?
-  Na pewno masz dosyć wódki?  Kpili.
To było w zeszłym roku.

W tym roku upiekłam gęś według przepisu Agnieszki Kręglickiej z grudniowych Wysokich Obcasów, polecaną  przez nią jako danie na świąteczny obiad. Upiekłam świeżą, o wadze czterech kilogramów. Wybrałam wariant z pieczonymi ziemniaczkami i buraczkami. Gąska była pyszna.
Pogoda piękna. Wódeczki nie zabrakło. I tym razem mi się upiekło.




Poniżej przepis Agnieszki Kręglickiej w oryginale.
Zawiera kilka wariantów dodatków do wyboru i fajnych połączeń smakowych. Myślę, że warto go przeczytać w całości.
"Kup gęś mrożoną, gotową do pieczenia, ważącą około czterech kilogramów. Teoretycznie jest to porcja dla sześciu osób, ale według mnie starczy dla dziesięciu. W święta wszyscy są przejedzeni. Mały kawałek mięsa o wyraźnym, mocnym smaku i atrakcyjne dodatki będą satysfakcjonujące.
W czwartek przed Wigilią wstaw gęś bez zdejmowania folii do lodówki i zostaw tam na dwa dni. Jeżeli zapomnisz, możesz w piątek wieczorem wstawić ją na noc do zlewu z zimną wodą. Rozmrażać trzeba powoli. W Wigilię dokładnie umyj tuszkę, wytrzyj do sucha. Szyję i końcówki skrzydeł odetnij, zalej zimną wodą, dodaj listek laurowy, pieprz i ziele angielskie. Po zebraniu szumowin dodaj włoszczyznę i ugotuj intensywny wywar. Gęś natrzyj na zewnątrz i w środku mieszanką soli, świeżo mielonego pieprzu i soku z cytryny oraz słodkiej papryki i mielonego kminku. Dwie pierwsze przyprawy są obowiązkowe, resztę traktuj fakultatywnie. Jeśli wolisz, użyj suszonego majeranku, tymianku, musztardy. Tak przygotowaną gęś zostaw w lodówce do następnego dnia.
Cztery godziny przed przyjęciem wyjmij gęś z lodówki. Wypełnij wnętrze ptaka sześcioma całymi małymi kwaśnymi jabłkami. Dodadzą aromatu i wilgoci. Możesz nakłuć jabłka kilkoma goździkami, dorzucić gałązki selera naciowego lub suszone śliwki. Ja pomiędzy jabłka wrzuciłam nieobrane ząbki czosnku. Zepnij otwór przy szyi i na brzuchu szpilami kuchennymi lub zaszyj. Zwiąż sznurkiem ku sobie udka i skrzydła, by gęś piekła się równomiernie i dawała się przewracać. Rozgrzej piekarnik do 180 st. C. Połóż gęś na kratce w brytfance piersią do góry. Będzie wyciekało dużo tłuszczu, musi mieć gdzie spływać. Posmaruj gęś roztopionym masłem, wlej do brytfanki dwie szklanki wrzątku i wstaw całość do piekarnika.
Kiedy skórka się zrumieni - po blisko 40 min - obróć gęś. Jeśli rumieni się za szybko, nakryj folią aluminiową i zmniejsz temperaturę do 150-160 st. C. Po dwóch godzinach obróć gęś ponownie, nakłuj przy udach, żeby tłuszcz mógł swobodnie wypłynąć. Przez cały czas pieczenia często zaglądaj do piekarnika i polewaj gęś sosem tworzącym się w brytfance. Piecz około trzech godzin (na jeden kilogram wagi ok. 50 min w piekarniku). Sprawdź, czy mięso jest miękkie, a jeśli trzeba zrumienić mocniej skórkę, zwiększ temperaturę.
Gęś jest tłusta, to jej zaleta - nie ma ryzyka, że wyschnie na wiór. Wytapiający się tłuszcz jest idealny do powolnego smażenia. Zbierz gęsi smalec i koniecznie zachowaj, bo napiszę o tym po świętach. Sos, który pozostał na dnie brytfanki wraz przypalonkami, zagotuj ze szklanką wywaru ugotowanego wcześniej. Zredukuj i podaj w sosjerce obok.
Dodatki
Namocz kilka suszonych grzybów, ugotuj i drobno pokrój. Zachowaną wodę połącz z odcedzonym wywarem z gęsi. Dodaj drobno pokrojone obrane mięso z szyjki i skrzydeł oraz grzyby. Ugotuj na tym kaszę gryczaną.
Całe obrane ziemniaki wymieszaj z gęsim smalcem i ząbkami czosnku w łupinach, dodaj sól, pieprz i rozmaryn, upiecz w piekarniku. Łupinę z czosnku łatwo będzie zdjąć na talerzu, a czosnek rozmaśli się na ziemniakach.
Czerwoną kapustę pokrój w wiórki. Surową wrzuć na patelnię z rozgrzaną oliwą, dodaj posiekany ząbek czosnku, sól i pieprz, chwilę smaż razem. Skrop octem winnym lub balsamico i dolej trochę wody. Duś pod przykryciem, aż zmięknie, ale pozostanie jędrna. Dodaj łyżkę żurawiny ze słoika. Wymieszaj, uzupełnij przyprawami.
Czerwoną cebulę zeszklij krótko na oleju. Zalej octem winnym. Zagotuj i dobrze posłódź. Odparuj. Dodaj mrożone czarne porzeczki oraz łyżkę likieru porzeczkowego cassis. Uzupełnij przyprawami do smaku.
Upiecz buraki. Pokrój w ósemki, podsmaż je na rozgrzanej oliwie, dodaj sól, pieprz i dżem malinowy (najlepiej przecierany, bez pestek). Smaż, aż buraki pokryją się malinową glazurą. Jeśli są za słodkie, dodaj trochę octu winnego. Do buraków pasują też porzeczki i pomarańcze.
Dynię pokrój w kostkę. Usmaż na oliwie, dodaj sól, pieprz, cukier. Niech się zrumieni. Pod koniec wymieszaj z dżemem mirabelkowym. Ugotowaną brukselkę podgrzej na maśle z obranymi jadalnymi kasztanami (najlepiej z kupionymi, gotowymi w folii). Lekko zrumień, dodaj sól i pieprz.
Marchewki pokrój w długie, grube słupki. Zrumień na oliwie, dodaj sól, pieprz, chilli i cukier. Wlej sok pomarańczowy i odparuj, aż dobrze zgęstnieje.
Jabłka pokrój w ósemki. Zrumień je mocno i szybko na gorącym oleju, posyp solą, świeżo mielonym pieprzem i suszonym majerankiem"                                              

Flaki w rosole


Świat dzieli się na tych, co lubią flaki i tych, co ich nie wezmą do ust.

Ja należę do tych pierwszych, choć miłość do nich w moim przypadku jest kompletnie nieuzasadniona. Moje pierwsze spotkanie z flakami było traumatycznym przeżyciem i kompletną porażką. 
W czasach, kiedy, decyzja o składzie menu obiadowego polegała na wyborze miedzy zupą z octu a sokiem z brzozy, nabycie żołądka wołowego było jak wygranie BMW w loterii „pusty esemes” A ja zostałam namaszczona.
Ot. Takie spotkanie. Ślepego losu ze ślepą kurą.
Objuczona zdobyczą powlokłam się do domu. Byłam wniebowzięta i dumna z trofeum jak rasowy myśliwy. Stado się ucieszy!
Spadłam na ziemię natychmiast po odklejeniu od niego papieru, w który był zapakowany. Smród, jaki opanował mieszkanie był straszny.
Wiedziałam, że obróbka flaków to nie perfumeria, ale żeby szambo?
Było mi niedobrze.
Niewiele (albo wcale nie) myśląc wpakowałam koszmarny kałdun do pralki i włączyłam program płukania. To tak na początek.
Tylko wypłuczę, pomyślałam. Potem do gara!
Centymetrowa warstwa tłuszczu na okienku w pralce nie pozostawiała złudzeń. Sprawa nie jest zakończona.  Kolejne płukanie, tym razem w ciepłej wodzie. 40 st C powinno wystarczyć. Nie ważne jak się zaczyna tyko jak się kończy! Niestety. Skończyło się tak jak się zaczęło. Warstwa tłuszczu była taka sama tylko jakby bardziej artystycznie rozmazywała się na ściankach. Przypominała spontaniczne nakładanie farby olejnej na szkło rączką trzylatka.
Czas płynął. Nie było czasu na kontemplację artystycznych poczynań pralki. Obiadu na pewno nie będzie. Ale czy zdarzę ją umyć?
Od czego jest program gotowania? 90 stopni plus 2 godziny powinno rozwiązać problem. Jedynie obawa o życie i zdrowie nakazała mi zamiast proszku do prania użycie soli. Dwie godziny oczekiwania i…. kolejny szok. Tłuszcz w roli głównej oblepiał ścianki pralki. Może tylko trochę bardziej rozwinięty, przypominał już prace studentów III roku ASP. Za to Obiekt skurczył się o połowę, poszarzał, przypominał coś na kształt tego, co kopią biedne afrykańskie dzieci zamiast piłki. Był twardy jak kamień, cuchnął okrutnie i .... nie do wiary! Nadal był brudny.

Na obiad był makaron z jajkiem.
Stado początkowo wymownie milczało unikając kontaktu wzrokowego ze świeżo objawionym technologiem żywienia. Z czasem jednak zaczęło wyć i ryczeć co było czytelnym sygnałem, że czas powrotu na jego łono.
Nieszczęsny kałdun wylądował na dachach przylegających do kamienicy garaży i stanowił główne menu kociej stołówki.
A ja nigdy nie zapomnę miny Pana Włodka, który z zawodu był „naprawiaczem pralek” a z zamiłowania „opowiadaczem” i „wymyślaczem dowcipów”
Dziś nie mam wątpliwości, że to właśnie wtedy rozpoczęła się era dowcipów o blondynkach a ja byłam natchnieniem Pana Włodka.

Mimo wszystko nadal bardzo lubię flaki. Nie używam już pralki.
Kupuję flaczki „wyprane” i pokrojone przez producenta.

A oto przepis:

1 kg flaków wstępnie przygotowanych przez producenta 
2 l rosołu wołowego 
3 listki laurowe, kilka ziaren ziela angielskiego, sól, pieprz, 
1 łyżka majeranku 
1/2 gałki muszkatołowej 
1/2 łyżeczki Imbiru w proszku (często daję świeży do rosołu) 


Na klopsiki: 
1/2 kg cielęciny 
1 jajko 
1 cebula 
2 ząbki czosnku 
Sól i pieprz do smaku 

Jak ktoś lubi to może dodać do farszu wątróbkę drobiową

Flaki gotuję trzykrotnie przelewając gorącą wodą (ok. 60 min)
Miękkie i odsączone zalewam rosołem. Dodaję liście laurowe i ziele angielskie.
Przyprawiam gałką, imbirem, solą i pieprzem.
Gotuję jeszcze wszystko razem 15 min. Doprawiam majerankiem.

W tym czasie przygotowuję klopsiki. Nie są konieczne, ale bardzo wzbogacają całą potrawę.
Mielę cielęcinę z cebulką i czosnkiem, dodaję jajko i kaszkę mannę.
Przyprawiam solą i pieprzem. Dokładnie mieszam.
Formuję malutkie klopsiki i wrzucam do gorącego rosołu. Tylko tyle ile będzie zjedzone. Pozostawione we flakach rozmoczą się i rozsypią zaśmiecając rosół.

Gotuję ok. 5 - 7 min od czasu jak wypłyną na wierzch.









Podaję ze świeżym pieczywem. 





Polędwica Anny

Anna była prawdziwa damą.
Nienaganne maniery, szalenie wytworna, zawsze pogodna i uśmiechnięta.
Zgrabna i filigranowa. Długie, rude włosy upięte w kok,
 twarz o alabastrowej,  nigdy nie opalanej cerze
Zjawiskowa. 
Kiedy ją poznałam miała prawie 70 lat.  
U boku Bogdana konsumowała wszelkie przejawy życia luksusowego. 
Teatr, kino, zagraniczne ciuchy, kremy na zamówienie.
Sopot, Krynica, Zakopane.  Zdrowy, długi  sen i  dieta.
Pani do Tego i Pani do Tamtego dbały o to żeby ręce Anny były nieskazitelne.

Ale polędwicę robiła sama. 
Najlepszą na świecie. 

Oczyszczoną z błonki, wyciętą ze środka tylko ta najgrubszą cześć podsmażała 
na sklarowanym maśle ze wszystkich stron turlając z wysiłkiem po wielkiej patelni. 
Potem polędwica lądowała w piekarniku.
Posypana grubą solą i młotkowanym pieprzem, 
startym na tarce masłem była pieczona 15 min.
Potem odpoczywała tyle ile się piekła. 
Pojawiała się na stole pokrojoną w grube plastry, 
serwowana z dodatkami w zależności od pory roku.  
Wiosną z sałatką z mleczu i pokrzywy w sosie winnym, latem ze szparagami, 
rukolą i roszponką, jesienią z terriną z leśnych grzybów, 
skropiona sosem z magi i oliwy z oliwek, 
zimą z kawiorem z bakłażana lub konfi z suszonych owoców.
A wszystko to na cudownej starej porcelanie w towarzystwie światła świec 
zwielokrotnionych odbiciem w licznych lustrach i rodowych srebrach.

To były magiczne wieczory. Długo brakowało mi Anny.
Niestety nie mogłam się z nią pożegnać.





A to moja "letnia wersja" jej polędwicy. Byłam uważną uczennicą.

.

Tak to się zaczęło



Piękne wrześniowe popołudnie. Gruby ogląda mecz. Zyzio śpi.
Cicho, sielsko, anielsko.
Pomyślałam, zbyt pięknie by mogło być prawdziwe.
No i wykrakałam!
Jeden krok, siedemnaście stopni w dół i wcielona w życie teoria samosprawdzającej się przepowiedni sprawiła, że znów byłam na ziemi.

Zyzio się nie wyspał, Gruby nie obejrzał meczu,
Białaczek z Filem klnąc, wyrwani z błogostanu pędzili na ratunek.
W końcu wylądowałam w szpitalu.

Diagnoza? Trójkostkowe złamanie lewej stopy.
Terapia? Gips do samego tyłka na 6 tygodni. To na początek.

Wpadłam w histerię.
Dopadła mnie ponura wizja rozległych odleżyn, siniaków na brzuchu po kleksanie, odrostów i strasznych chorób skórnych z powodu niedostatecznej higieny.

Co ja teraz będę robić ??? 
Oszaleję z nudów? Stracę wzrok przed telewizorem?

- Pisz bloga, usłyszałam
- Bloga mówisz?
- A o czym? Bezmyślnie "grzebałam w bombie"
O siedmiu górach nieszczęścia, siedmiu morzach łez wylanych na gipsową zbroję sponiewieranego przez życie i schody połamańca 
- kpiła moja lepsza połowa.

Pokazałam mu język.
Na chwilę zerwałam stosunki werbalne z moim doradcą personalnym. 
Ale to jego "pisz bloga" jak szatański chichot przemykało w głowie między uszami w doskonałej jakości stereo. 
Wkurzył mnie, ale niestety zdążył zapłodnić. Jak zwykle dotykał moich czułych miejsc.
Chciałam się zemścić. Potrzebowałam krwi.
Ja Ci dam bloga !!!
Będziesz miał bloga !!!
I nie będzie to blog o nieszczęściach co chodzą po ludziach parami. 
Ten będzie o miłości. I to nie o miłości do Ciebie, syczało moje wewnętrzne ja. 
Nie jesteś jedyną miłością mojego życia! Tupała moja zdrowa noga.

Następnego dnia pomknęłam na wstecznym biegu po znajomych mi dobrze schodach dobrać się do zawartości białej szuflady. 
Otwierałam pożółkłe pudełka pełne starych przepisów, wycinków z gazet, karteluszek z menu, 
które kiedyś układałam z okazji spotkań towarzyskich tych wielkich i tych mniejszych, 
przepisów babć, mam i przyjaciółek. 
Nazbierało się tego sporo. 
Okazało się, że wiodłam bardzo bogate życie kulinarne. 
Na pewno wystarczy na taki "mały terapeutyczny pamiętnik kulinarny" 

Wracały wspomnienia. Noga w gipsie robiła się coraz cieplejsza. 
Już nie byłam wściekła. Miałam sposób na przetrwanie. 





Tylko buty muszą poczekać do wiosny.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...